Na sali konferencyjnej w Berkeley City Club panował nastrój jak przed ogłoszeniem nominacji do Oscarów. Inwestycyjne ramię Intela miało ogłosić listę siedmiu przedsiębiorców, którzy przeszli do finału konkursu Intel Global Challenge.
Łowcy talentów na polowaniu Dla innowatorów ten konkurs to duża szansa. Po pierwsze, do wygrania jest 50 tys. dol. Po drugie, na konkurs co roku przyjeżdżają łowcy talentów gotowi wyłożyć duże pieniądze na najlepsze projekty. Nawet jeśli nie uda się zdobyć nagrody w konkursie, to i tak jest szansa na zdobycie funduszy na rozwój.
Wśród półfinalistów byli też Polacy - firma ARound z Gdyni. Jej pomysł to wykorzystanie tzw. rozszerzonej rzeczywistości przy skomplikowanych naprawach maszyn. Mechanik będzie mógł założyć specjalne okulary, które będą widziały to samo co on. I podpowiedzą, którą część trzeba naprawić i jak to zrobić.
Mateusz Kuszner i Łukasz Miądowicz, którzy reprezentowali firmę, nie zdołali jednak przekonać sędziów. W kuluarach dowiedziałem się, że projekt był na zbyt wczesnym etapie, a jego biznesplan był niedopracowany. Polacy nie przywieźli na konkurs żadnego prototypu.
Przeszły natomiast kraje rozwijające się:
Chiny,
Rosja,
Egipt, Chile,
Indie,
Turcja. Rodzynkiem była Japonia, jedyny kraj rozwinięty. Podium zdobyły trzy pierwsze kraje.
Jak sprzedać stary pomysł z Zachodu? Chińczycy zwyciężyli projektem, który zwykłemu zjadaczowi chleba nie podniesie raczej ciśnienia. Zbudowali internetowy serwis Gaitu, który łączy projektantów graficznych z klientami, podobnie jak Allegro łączy sprzedawców z kupującymi. Tyle że na Gaitu nie zamawia się towarów, ale projekty graficzne. Można np. zamówić retusz własnego zdjęcia i poprosić o jego wydrukowanie na pocztówce, kubku lub czymkolwiek.
Zbyt proste? Może, ale jeśli wierzyć firmie Gaitu, rynek chińskiej fotografii drukowanej jest wart ponad 60 mld dol. rocznie. To niemal dwie trzecie budżetu Polski zaplanowanego na 2011 r. A nikt wcześniej w Chinach takiego serwisu nie zrobił.
- Może trudno w te liczby uwierzyć, ale wynikają one z innej niż na Zachodzie kultury. Dla Chińczyków największą wartość ma to, co jest materialne, a nie cyfrowe - powiedziała jedna z reprezentantek firmy w czasie prezentacji.
Drugie i trzecie miejsce są już prawdziwymi innowacjami. Rosjanie z firmy Maxygen zbudowali przenośne minilaboratorium służące do szybkiej i taniej analizy DNA. Egipcjanie natomiast (frima NanoDiagX) wykorzystali nanocząsteczki złota do wykrywania wirusowego zapalenia wątroby typu C (próbkę wrzuca się do specjalnego roztworu z nanocząsteczkami. Jeśli ciecz zabarwi się na czerwono, to znaczy, że pacjent jest zakażony).
Efektowny, ale nieefektywny Jeden z najbardziej spektakularnych pokazów zaprezentowali zaś Chilijczycy. Zrobili oprogramowanie, które pozwala na sterowanie komputerem za pomocą myśli. Joge Alviarez Gomez, współzałożyciel firmy Lifeware, założył na głowę hełm (wyprodukowany przez firmę zewnętrzną) i za pomocą ruchów głowy i mrugnięć oczami wszedł na Facebooka i pokazał, kogo ma wśród znajomych.
- To magia! - wykrzyknęła jedna sędzia. Ale Chilijczycy nie mieli najwyraźniej wystarczająco dobrego pomysłu na to, jak tę magię sprzedać. Konkurentów nie pokonali.
Według Andre Marquisa, dyrektora centrum przedsiębiorczości i innowacji Lestera przy Uniwersytecie w Berkeley, pomysł jest ważny, ale trzeba też wiedzieć, jak go sprzedać. I w razie potrzeby - porzucić.
- Młodzi przedsiębiorcy, z którymi się spotykam, często są zakochani w technologiach, które opracowali. Nie myślą o tym, czego konsument potrzebuje. Tylko o tym, jak go przekonać, że ich technologia jest niezbędna. Dlatego tak trudno im czasem zrezygnować ze swojego pomysłu. Traktowaliby to jak porażkę - mówi.
A to według Marquisa błąd. Bo do sukcesu prowadzi pasmo porażek. Jeśli jeden pomysł nie wypali, to trzeba go jak najszybciej porzucić i zająć się nowym. Z porażki zaś wyciągnąć wnioski.
A w Europie... - To zupełnie inne podejście niż w Europie - dziwi się Dianna Kaaserer, specjalistka PR Intela mieszkająca w Monachium. - Nawet w Niemczech mało kto wierzy, że były szef spółki, która zbankrutowała, może osiągnąć jakiś sukces - dodaje.
W podobnych do Marquisa kategoriach myśli też Jerry Engel z Uniwersytetu w Berkeley. Kiedy powiedziałem mu, że w UE rośnie eurosceptycyzm, skrzywił się, pokręcił głową i wzruszył ramionami: - Dlaczego pan mówi o problemach, a nie o możliwościach? Kraje otworzyły przed sobą granice i zyskały dostęp do ogromnego rynku. Tu mieszka prawie 500 mln ludzi! To jest wielka szansa dla firm europejskich.
- Ale mieszkańcy Londynu naklejają na swoich samochodach naklejki z napisem: "Love Europe, not EU" ("Kochaj Europę, nie UE").
- Brytyjczycy nie mają euro, tylko funta i jeżdżą lewą stroną ulicy. Różnią się kulturowo, ale takie różnice są w całej Europie i one zawsze będą. Nie rozumiem tylko, dlaczego tak wielu Europejczyków dostrzega więcej problemów niż szans w Unii - dziwił się Engel.