Przemysław Poznański: Dlaczego od lat nie możemy się doczekać w Polsce e-administracji?
Prof. Wojciech Cellary*: Trudności nie leżą po stronie technicznej. Nie jest to też kwestia nieprzygotowania obywateli, bo dla internauty jest bez różnicy - przelać pieniądze w e-banku, kupić coś w e-sklepie czy złożyć dokument w e-urzędzie. Trudności leżą przede wszystkim po stronie prawnej i organizacyjnej. Założenia, jakie legły u podstaw prawa wytworzonego w epoce papieru, są już dzisiaj w dużym stopniu nieaktualne. Niedostosowanie prawa hamuje rozwój e-administracji, bo uniemożliwia oferowanie bardziej złożonych usług. Tu nie chodzi o to, aby obywatel mógł sobie ściągnąć przez internet z witryny urzędu formularz, a potem wydrukować go na własnej drukarce i dalej chodzić z nim po urzędach. Chodzi o to, aby obywatel mógł dowolną sprawę całościowo załatwić przez internet. Taka możliwość jest jeszcze ważniejsza dla przedsiębiorstw, bo one mają znacznie więcej spraw do załatwiania.
Rząd zapowiada jednak wielką cyfrową rewolucję w roku 2011: urzędy podpięte do jednej bazy danych, załatwianie wszystkich urzędowych spraw przez internet, bez wychodzenia z domu. To mało?
- To wycinek. Na administrację publiczną patrzy się często jak na zamkniętą fortecę, z której świadczy się usługi administracyjne. Natomiast to, czego potrzebujemy i co jest technicznie możliwe, to administracja informatycznie zintegrowana z gospodarką. Podam przykład. Powiedzmy, że ktoś chce wybudować dom. Potrzebuje usług administracyjnych, takich jak pozwolenie na budowę, ale też usług bankowych, notarialnych, ubezpieczeniowych, doradczych, musi sprawdzić stan zagospodarowania przestrzennego, wypis z ksiąg wieczystych, a później potrzebuje jeszcze kilkudziesięciu firm, które będą w tej budowie uczestniczyć. Chodzi o to, by wszystkie te e-usługi były zintegrowane i dostępne w jednym miejscu w internecie. Takiego systemu nie zrobi żaden urząd ani żadne ministerstwo. I nie musi. Musi tylko tak zaprojektować swoje administracyjne e-usługi, aby biznes mógł je informatycznie integrować, rozwijać i uzupełniać. Taki model byłby kołem zamachowym elektronicznej gospodarki i dałby pracę młodym, dobrze wykształconym ludziom z różnych dyscyplin, którzy mogliby świadczyć różnorodne e-usługi przez internet.
Jak taki kompleksowy system zbudować?
- Jest potrzebna generalna wizja informatyzacji całego sektora publicznego, a nie zbiór niezależnych "wizyjek" informatyzacji poszczególnych ministerstw czy instytucji. Dla porównania - informatyzacja dużej korporacji przemysłowej jest robiona od góry, choć tak, aby uwzględnić potrzeby każdego, nawet najmniejszego oddziału. Nie do pomyślenia jest taka sytuacja w korporacji, aby dać pieniądze na informatyzację każdemu oddziałowi osobno i powiedzieć mu - zinformatyzuj się, jak chcesz, a potem jakoś to będzie, jakoś to połączymy w całość. Podobnie udanej transformacji administracji do e-administracji w skali całego państwa - co jest zadaniem ogromnym - nie można przeprowadzić bez całościowej wizji i właściwego przywództwa. Ze względu na skalę problemów nie chodzi tu o jedną osobę, ale o instytucję, która zapewniłaby spójną wizję całej e-administracji, co w konsekwencji umożliwiłoby współpracę systemów informatycznych wszystkich jednostek administracyjnych, niezależnie od ich charakteru i podległości. Takiej całościowej wizji dziś nie ma. Projekty informatyczne powstają silosowo - osobno w MSWiA, osobno w resorcie zdrowia, osobno w Ministerstwie Finansów, osobno w każdym województwie itd. Potrzeba instytucji, która te działania uporządkuje. Tak jak w celu dostosowania polskiego prawa do wymagań Unii Europejskiej powołano Urząd Komitetu Integracji Europejskiej, tak podobną instytucję powinno się powołać w celu transformacji administracji w e-administrację.
Na budowę e-administracji dostaliśmy pieniądze z Unii Europejskiej...
- I jestem przekonany, że wydamy te pieniądze. Ale nie jestem przekonany, czy wydamy je dobrze, tzn. tak, by zbudować e-administrację z całościową wizją otwartą na e-gospodarkę. Oby nie było tak, że pieniądze, które koniecznie trzeba wydać, będą rozdzielane między zainteresowanych i każdy zrobi sobie swój niezależny system. Dlaczego to realne niebezpieczeństwo? Bo nigdzie nie jest zapisane, że system podatkowy ma współdziałać z systemem medycznym, możemy więc zrobić dwa systemy odwrócone do siebie tyłem i powiedzieć, że wydaliśmy unijne pieniądze zgodnie z przeznaczeniem. A przecież można zrobić system zintegrowany generujący wartość dodaną, na przykład system pokazujący w przychodni, że pacjent płaci podatki, więc jest ubezpieczony. To zwolniłoby nas z obowiązku biegania do lekarza z ostatnim odcinkiem renty lub książeczką zdrowia.
Jakie konsekwencje będzie miał brak integracji?
- Bardzo poważne! To odbije się na naszym położeniu w UE, bo na którymś etapie stanie się hamulcem współpracy gospodarczej. Mamy 2 mln ludzi za granicą, oni potrzebują usług z Polski - dla nich ma znaczenie, czy będą musieli latać do Polski po każdy papierek, czy będą mogli w swoim mieszkaniu w Londynie złożyć dokument elektronicznie. To samo ze wszystkimi innymi obywatelami Unii, którzy będą na jakimś etapie życia związani z Polską, szczególnie zawodowo. Ludzie i biznes zaczną Polskę omijać szerokim łukiem, jeśli nasz system e-administracji nie będzie zintegrowany nie tylko wewnętrznie, ale też z systemami innych państw Wspólnoty. Nie będzie miejsc pracy, szczególnie dla absolwentów wyższych uczelni, ludzie będą wyjeżdżać. To nie są banalne konsekwencje.
*Wojciech Cellary - profesor zwyczajny, kierownik katedry Technologii Informatycznych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Specjalista od e-administracji i e-biznesu, absolwent Politechniki Poznańskiej, jako profesor wizytujący był zatrudniony na sześciu uniwersytetach zagranicznych: Nancy I i II, Paris-Sud i Paris-Dauphine we Francji oraz na uniwersytetach w Genui i Anconie we Włoszech.
Rozmawiał Przemysław Poznański