W ponurym krajobrazie gospodarczym, w zalewie czarnych prognoz i fatalnych wskaźników, wzajemnych oskarżeń polityków i protestów ulicznych sfrustrowanych wyborców - anielski głos Buffeta koi zszargane nerwy: słynny inwestor chciałby więcej wpłacać do państwowej kiesy.
Może i idzie na łatwiznę, bo prawie wszystkim przecież podoba się hasło "opodatkować bogaczy", ale oprócz Buffeta jakoś nikomu w gronie miliarderów nie przyszło to dotąd do głowy.
W dodatku Buffet wpisał się ze swoim manifestem fiskalnym opublikowanym w ubiegłym tygodniu w "New York Timesie" w gorącą debatę polityczną w Waszyngtonie, gdzie nadal trwa przeciąganie liny w sprawie sposobu na zrównoważenie
budżetu. A to może oznaczać, że ktoś w Kapitolu rzeczywiście weźmie sobie jego radę do serca.
"Podczas gdy biedni i klasa średnia walczą za nas w Afganistanie, a większość Amerykanów boryka się, żeby związać koniec z końcem, my, megabogacze nadal cieszymy się nadzwyczajnymi ulgami, (...) płacąc śmieszne 15-proc. podatki" - pisze Buffet i podkreśla, że jego pracownicy płacą średnio 36-proc. podatek i że wychodzi na to, że w Ameryce najlepiej robić pieniądze na pieniądzach, a nie na
pracy.
Gorący apel do prawodawców w Waszyngtonie poparł inny słynny inwestor George Soros, który powiedział, że najbogatsi działają wbrew swoim własnym długoterminowym interesom, jeśli sprzeciwiają się płaceniu wyższych podatków. Również Donald Trump oświadczył, że chętnie da się dotkliwiej opodatkować, choć zaraz dodał, że inni w tej sytuacji na pewno uciekną do Szwajcarii. Zaś reszta towarzystwa ze szczytów list tygodnika "Fortune" nabrała wody w usta.
Tymczasem zwykli szarzy milionerzy, jak się okazuje, już w 2010 roku utworzyli grupę nacisku na Kongres, by ten zechciał ich obłożyć większymi podatkami (www.patrioticmillionaires.org). Jak obliczyli, gdyby ulgi dla najbogatszych wprowadzone jeszcze przez George W. Busha nie zostały przedłużone, na spłatę długów budżetowych można by dodatkowo przeznaczyć 700 mld dolarów w ciągu 10 lat. Sygnatariusze listu patriotycznych milionerów często słyszą, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby w odpowiedniej rubryce zeznania podatkowego wpisali dowolną sumę darowizny na rzecz budżetu i pozwolili spać spokojnie swoim bardziej małodusznym kolegom. No ale - jak wiadomo - sama cnota to tylko połowa przyjemności, drugie tyle daje możliwość pouczania innych z wysokości jej piedestału.
W drugim narożniku, po ciemnej stronie mocy, mamy stowarzyszenie Americans for Tax Reform (Amerykanie na rzecz Reformy Podatkowej) utworzone jeszcze za czasów
Ronalda Reagana, aby raz na zawsze skończyć z podatkami i zagłodzić rząd na dobre lub - jak mówi jego przewodniczący Grover Norquist - "utopić rząd w wannie". Główną misją członków stowarzyszenia jest zebranie jak największej liczby podpisów przedstawicieli urzędujących władz pod przysięgą, że nigdy pod żadnym pozorem nie podniosą podatków, nawet na cele wojenne. Aż 97 proc. republikańskich kongresmenów z Izby Reprezentantów już złożyło podpisy.
I w takim właśnie zamęcie obraduje 12 członków tzw. Superkongresu utworzonego z ustawodawców na mocy ugody międzypartyjnej co do budżetu uchwalonej na początku sierpnia. Ich zadaniem jest znaleźć sposób na zredukowanie
deficytu budżetowego o 1,5 bln dolarów w ciągu 10 lat. Możliwości są tylko dwie: albo nieuniknionym oszczędnościom w wydatkach będzie towarzyszył wzrost podatków, albo nie. Wyprowadzenie na prostą budżetu
USA może być zrównoważonym procesem, który obciąży po trochu wszystkich, albo w drastyczny sposób pójdą pod nóż programy opieki zdrowotnej i socjalnej. Republikanie, którzy mają większość w Kongresie, będą teraz musieli zdecydować, która przysięga jest dla nich bardziej wiążąca: ta wobec narodu przy obejmowaniu urzędu, czy ta wobec Grovera Norquista, że za żadne skarby nie podniosą podatków.