Biznes Ludzie Pieniądze

Nadgryzione jabłko

Vadim Makarenko
30.08.2011 , aktualizacja: 06.10.2011 10:11
A A A Drukuj
- Trzeba czemuś zawierzyć. Przeczuciom, przeznaczeniu, życiu, karmie, czemukolwiek. Ludzie nie wiedzą, czego chcą, dopóki im tego nie pokażesz - mawia Steve Jobs, ojciec najpopularniejszych elektronicznych gadżetów takich jak iPhone czy iPad. Ten menedżer legenda 24 sierpnia zrezygnował z kierowania Apple'em
Były szef firmy Apple Steve Jobs w czasie prezentacji nowych iPodów w San Francisco.
Fot. Paul Sakuma AP
Były szef firmy Apple Steve Jobs w czasie prezentacji nowych iPodów w San Francisco.
Dlaczego druga co do wielkości firma na świecie nazywa się Apple? Jabłko nie kojarzy się z kablami i scalakami. A jednak Jobs, zafascynowany gospodarstwem przyjaciół w stanie Oregon, zaproponował taką właśnie nazwę swemu wspólnikowi Steve'owi Wozniakowi. Był rok 1976, założona przez Beatlesów firma Apple Records działała już od ośmiu lat. Wozniak uznał, że właśnie dlatego jest to zły pomysł, i zaczął roztaczać przed przyjacielem wizje wojen prawnych. Mimo to Jobs postawił na swoim i będzie robił to jeszcze wiele razy. Nie zawsze konsekwentnie, nie zawsze skutecznie, ale zawsze po swojemu.



Dlaczego jabłko jest nadgryzione? Rob Janoff, który na prośbę Jobsa zaprojektował słynne logo, tłumaczył w wywiadach, że nie chodziło o żadne biblijne alegorie: - Jeśli miałeś w rękach jabłko, prawdopodobnie je nadgryzłeś. Tego może doświadczyć każdy, niezależnie od kultury.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Steve Jobs zakradł się do raju i nadgryzł zakazany owoc. Upadł. I to niejeden raz. Ale za każdym razem potrafił się podnieść i iść dalej. - Bycie piratem to lepsza zabawa niż służba w marynarce - powtarzał i po każdym upadku wznosił się jeszcze wyżej.

Nie będę najbogatszy na cmentarzu

Nieślubny syn pary studentów niespełna tydzień po narodzinach został oddany do adopcji. Jego matka chciała, żeby nowi rodzice byli wykształconymi ludźmi, i pierwotnie miała go przyjąć pod swój dach rodzina wziętego prawnika. Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie, bo stwierdziła, że chce dziewczynki. Chłopczyka zaproponowano więc Paulowi i Clarze Jobsom - mechanikowi i księgowej. Zgodzili się natychmiast, ale tym razem zdanie zmieniła matka. Nie chciała, żeby jej syn dorastał w rodzinie robotniczej. Jobsowie ubłagali ją, obiecując, że chłopczyk pójdzie na studia, gdy dorośnie. Słowa dotrzymali. Żeby opłacić edukację syna, Paul kupował na złomowisku auta po 50 dolarów za sztukę, naprawiał je i sprzedawał studentom z zyskiem.

Ale 17-letni Steve po pół roku rzucił studia w Reed College w stanie Oregon. - Nie widziałem w nich wartości - tłumaczył później. Nie wiedział, co chciał robić w życiu, więc zaczął chodzić na zajęcia z kaligrafii, żeby nauczyć się czegokolwiek (później pomogły mu docenić wartość porządnie zaprojektowanych czcionek dla komputera Macintosh).

Cztery lata później w garażu rodziców wraz z sześć lat starszym od siebie Steve'em Wozniakiem założył firmę produkującą komputery. Na jej kapitał zakładowy zrzucili się, sprzedając swoje największe skarby - Jobs pozbył się za tysiąc dolarów starego volkswagena busa, a Woz za 1,3 tys. dolarów sprzedał kalkulator Hewlett-Packard. Apple I było drewnianą skrzynką, w środku której leżała płyta drukowana z kilkoma scalakami. Pierwsze 50 sztuk kupił pobliski sklep z elektroniką.

Być może Apple nie wyszedłby z garażu, gdyby nie Mike Markkula - były pracownik Intela, który odchodząc, sprzedał akcje firmy i założył fundusz inwestycyjny wyszukujący w Krzemowej Dolinie takie małe garażowe spółki. Zainwestował w przedsięwzięcie Jobsa i Wozniaka 100 tys. dolarów, co pozwoliło im zaprojektować i wyprodukować pierwszy przebój firmy - ośmiobitowy Apple II.

Estetyka wykonania, łatwość użytkowania i stosunkowo bogate oprogramowanie sprawiły, że Apple II szybko zdobywały rynek. W wieku 24 lat Steve Jobs dysponował majątkiem wartym ponad 10 mln dolarów, a rok później - już ponad 100 mln dolarów. - Ale to i tak mało istotne, bo nigdy nie robiłem tego dla pieniędzy - wyznał po latach.

Dziś Apple jest wart 344 mld dolarów i jest drugą co do wielkości firmą na świecie (na jeden dzień wyprzedził nawet koncern paliwowy Exxon). Ale sam Jobs jest najmniej zarabiającym prezesem na liście 500 największych światowych firm. Jego roczna pensja wynosi 1 dolara. Nie oznacza to bynajmniej, że jest biednym człowiekiem, bo w portfelu ma nie tylko akcje własnej firmy, lecz także papiery Walt Disney Co. (stał się jego największym indywidualnym udziałowcem, kiedy Disney przejął jego studio animacji komputerowej Pixar). Magazyn "Forbes" szacuje jego majątek na 8,3 mld dolarów, ale to wciąż mniej niż fortuny twórców Amazona, Della, Oracle'a czy Facebooka.

- Bycie najbogatszym na cmentarzu się dla mnie nie liczy. Ważniejsze jest zasypianie ze świadomością, że zrobiło się coś cudownego - powiedział w wywiadzie dla dziennika "Wall Street Journal".

Odrzucony, ale wciąż zakochany

W 1985 r. przeżywał jedne z najcięższych chwil w życiu. Zatrudniony przez niego prezes John Sculley dokonał w firmie zamachu stanu i Jobs musiał pożegnać się z Apple'em. - Jak można wylecieć z biznesu, który się stworzyło? Cóż, firma się rozrastała i zatrudniliśmy kogoś, kto - jak sądziłem - był bardzo utalentowany, by prowadzić ją wraz ze mną. Przez pierwszy rok szło dobrze, ale potem się pokłóciliśmy. Wtedy rada nadzorcza poparła jego - opowiadał. Wyznał, że po odejściu myślał nawet o ucieczce z Doliny Krzemowej.

Ale nie uciekł. - W pewnym momencie dotarło do mnie, że wciąż kocham to, co robię. Zostałem odrzucony, ale nadal byłem zakochany. Zacząłem od nowa - opowiada. Założył nową firmę komputerową NeXT z nadzieją, że pokona Apple'a na wolnym rynku. A rok później za 5 mln dolarów kupił dział graficzny wytwórni należącej do George'a Lucasa, twórcy "Gwiezdnych wojen". Tak powstało studio Pixar, które stworzyło takie przeboje jak "Toy Story", "Gdzie jest Nemo?" czy "Auta".

Latem 1990 r. Uniwersytet Stanforda zaprosił Steve'a Jobsa na pogadankę ze studentami wydziału biznesu. Gdy wszedł na salę, usiadł w pierwszym rzędzie. Jeszcze przed rozpoczęciem wystąpienia wymienił się numerem telefonu z siedzącą obok dziewczyną Laurene Powell.

- Po zakończeniu wykładu wkładałem kluczyki do stacyjki i pomyślałem sobie: "Gdyby to był ostatni wieczór w moim życiu, wolałbym spędzić go na oficjalnej kolacji czy z tą kobietą?". Przebiegłem przez parking i zapytałem ją, czy nie zjadłaby ze mną. Zgodziła się, poszliśmy na miasto i od tamtej pory się nie rozstajemy - opowiadał w "New York Timesie". Mają trójkę dzieci, które pomogły mu nabrać dystansu do pracy. - Problem jest taki, że dziś jestem starszy, mam 40 lat i muszę powiedzieć, że te gadżety nie zmieniają świata - wyznał w wywiadzie dla "Playboya" w 1995 r.

W 2006 r. sprzedał Pixar koncernowi Walt Disney za 7,5 mld dolarów, ratując tym samym podupadły dział animacji giganta. Z kolei NeXT uratował przed upadkiem inną, dziś dużo większą od Disneya firmę. - NeXT nigdy nie był sukcesem, ale na liście jego klientów były m.in. studio animacji DreamWorks, bank Merrill Lynch czy NASA - zaznacza Mariusz Jarzębowski, który pracował w NeXT przez dwa lata. W 1997 r. ta firma została przejęta przez... Apple'a.

Leander Kahney, dziennikarz magazynu "Wired" i autor książki "Być jak Steve Jobs", opisuje powrót Jobsa do Apple'a tak: "Wczesnym rankiem zwołano zebranie pracowników najwyższego szczebla. Do sali chwiejnym krokiem wszedł prezes Gil Amelio kierujący firmą przez ostatnie półtora roku. - Na mnie już czas - powiedział i w milczeniu opuścił pomieszczenie. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, pojawił się Steve Jobs. Wyglądał jak włóczęga: krótkie spodenki, trampki i hodowany od kilku dni zarost. Klapnął w fotelu i zaczął się powoli obracać. - Powiedzcie mi, co tu nie gra - rzucił na początek. Zanim zebrani zdążyli odpowiedzieć, ciągnął dalej: - Produkty! Są do kitu! Zrobiły się zupełnie bezpłciowe".

Bohater i dupek

Jobs zastał firmę w opłakanym stanie. Jej udziały w rynku topniały, straty rosły, a na stanowisku prezesa trwała nieustająca karuzela. - W dniu zakupu NeXT-a pojechałem do siedziby Apple'a w Cupertino i zobaczyłem, że o godz. 17 firmowy parking świeci pustkami. Morale nie było na najwyższym poziomie - wspomina Jarzębowski.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów