Leszek Baj: Mamy kolejną falę kryzysu na świecie, a w szczególności w strefie euro... Jacek Rostowski, minister finansów: Ja bym raczej powiedział, że mamy nowy kryzys.
A kiedy skończył się poprzedni? - Rok 2010 i pierwsza połowa 2011 były dobre w Europie i bardzo dobre na świecie.
Czy sądzi pan, że obecny kryzys może być równie groźny co ten z 2008 roku? - Na razie mamy za mało informacji, żeby to ocenić. Potencjalnie sytuacja jest groźna, a nawet bardzo groźna. Jesteśmy w bardzo podobnej chwili jak w tym samym okresie 2008 roku. Wtedy, tuż przed upadkiem
Lehman Brothers, też było wiadomo, że sytuacja jest potencjalnie niebezpieczna. Teraz wszystko zależy od tego, czy osoby odpowiedzialne za politykę gospodarczą na świecie popełnią błędy, czy nie.
Dziś trudno ocenić, co jest błędem, a co nie. Jeszcze kilka lat temu skupowanie obligacji przez Europejski Bank Centralny byłoby niedopuszczalne, a teraz uratowało strefę euro przed rozpadem. - Działanie EBC jest ze wszech miar słuszne.
Ale prezydent Niemiec mówi, że to prawnie wątpliwe. - Elity europejskie, także niemieckie, muszą się zdecydować, czy chcą, aby euro przetrwało - nawet za wysoką cenę - czy nie. Jeśli nie, to należy poważnie przygotować się do kontrolowanego rozwiązania strefy, ze wszystkimi tego konsekwencjami, także dla Niemiec. Taka jest logika obecnej sytuacji. Ci, którzy tego nie rozumieją, igrają z ogniem.
Niemoc Europy Dlaczego Europa tak kiepsko radzi sobie z tym kryzysem? - Państwa strefy euro mają bardzo poważne problemy z aktywnym współdziałaniem. Nie jest tak, że w ogóle nic nie robią. Ale jako Europa robimy za mało.
Dotąd mieliśmy dość dużo sytuacji, w których państwa i unijne instytucje nawzajem przerzucały sobie piłkę. Przykładem takiego egoizmu jest próba wymuszenia przez Finlandię zastawu gotówkowego pod jej pomoc dla Grecji. Żeby Europa wyszła obronną ręką z kryzysu, czas z tym skończyć. Potrzebne jest solidarne działanie. Zasadniczy problem strefy euro nie jest ekonomiczny, ale polityczny. Zawsze jest trudno przewidzieć, co się stanie w gospodarce, ale jeszcze trudniej przewidzieć, na ile państwowym instytucjom uda się skutecznie współpracować.
Odnoszę wrażenie, że idea strefy euro opiera się na woli politycznej przywódców, którzy co jakiś czas zapewniają, że będzie nadal istniała. Ale już teraz rośnie popularność populistów, którzy są zagrożeniem dla euro. - Mamy dwa rodzaje niebezpiecznych populizmów. Pierwszy to populizm południowy - nieracjonalności ekonomicznej, która neguje odpowiedzialność za własne problemy. Mówię tu o niektórych uczestnikach demonstracji antyoszczędnościowych, np. w Grecji.
Drugi populizm - w niektórych krajach północnych - polega na egoizmie i braku solidarności z krajami mającymi kłopoty. Takie zachowanie uderzyłoby też w kraje północy. Trudno sobie bowiem wyobrazić coś, co może bardziej uderzyć w gospodarki Holandii, Niemiec czy Finlandii niż upadek systemu bankowego w jakimkolwiek kraju strefy euro.
Na przykład w Grecji? Da się ją w ogóle jeszcze uratować? - Grecki system bankowy nie jest zagrożony, póki redukcja długu państwa greckiego odbywa się w sposób kontrolowany. W średnim okresie kluczowe jest zapewnienie, że Grecja będzie w stanie opanować swój dług publiczny. To można zrobić poprzez niższe stopy procentowe. Albo poprzez redukcję długu greckiego. Ważne jest, by w dłuższej perspektywie Grecja miała taką relację długu do PKB, którą jest w stanie sama obsłużyć bez pomocy z zewnątrz. Oczywiście, nie obejdzie się bez już zapowiedzianych reform strukturalnych.