Biznes Ludzie Pieniądze

Pani profesor z temperamentem

Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska
12.09.2011 , aktualizacja: 11.09.2011 18:49
A A A Drukuj
Prof. Zytę Gilowską ciągnie do polityki. Tyle że ta zwykła polityka od pieniężnej powinna być jak najdalej
Zyta Gilowska i Jarosław Kaczyński
Wojciech Olkuśnik
Zyta Gilowska i Jarosław Kaczyński
Jeszcze niedawno Zyta Gilowska zapowiadała, że "ona boi się tylko Boga" i "jak ojczyzna wezwie", stanie jako ekspert PiS do debaty z ministrem finansów Jackiem Rostowskim. W zeszłym tygodniu, w obecności prezesa NBP Marka Belki, odżegnała się od tego pomysłu, by następnego dnia wydać oświadczenie o możliwości "debaty akademickiej".

Gilowska jest członkiem Rady Polityki Pieniężnej. Jej członkowie mają zakaz członkostwa w partii oraz działalności publicznej.

Pani profesor mogła sobie jeść obiad z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim (on ślimaki i kaczkę, ona pierożki), mogła udzielać wywiadów - robią to także inni członkowie Rady, ale występ w roli eksperta PiS? Konstytucjonaliści nie mieli wątpliwości, że to byłoby pogwałcenie prawa, a jeden z prezydenckich ministrów ostrzegł, że po czymś takim Bronisław Komorowski odwoła ją z Rady (powołał ją prezydent Lech Kaczyński).

Gilowska się wycofała, czym wprawiła sztab PiS w lekką konsternację. PiS-owcy tłumaczą, że minister finansów Jacek Rostowski i PO zrobili wszystko, by nie dopuścić do debaty z Gilowską, tak bardzo boją się znanej z ciętego języka pani profesor.

Gilowska proponuje teraz "debatę akademicką", na neutralnym gruncie, ale Rostowski ja wyśmiał: Gilowska miała cztery lata, by podebatować ze mną na neutralnym gruncie, chętnie zrobię to, ale po wyborach.

W latach 90. Gilowska była ekspertem od finansów samorządowych. Karierę polityczną rozpoczęła w Unii Wolności, ale rozkwitła dopiero w Platformie. Niezrównana w sejmowych dyskusjach, nie oszczędzała politycznych konkurentów. O rządach SLD mówiła: "Ci przebierańcy i kombinatorzy, i szarlatani, którzy nami rządzą, muszą odejść. Dość tego, precz!".

Była obok Donalda Tuska jedną z najważniejszych postaci PO. W 2005 r. na jednym z wieców wołała: "Donald, bracie, idziemy po zwycięstwo!". To jej pomysłem był 15-proc. podatek liniowy, którym potem PiS straszył w telewizyjnych reklamówkach.

Sielanka skończyła się w maju tego samego roku. Gilowska przeforsowała na pierwsze miejsce lubelskiej listy PO syna Pawła, płaciła mu za ekspertyzy prawne i zatrudniała w lubelskim biurze poselskim synową. Zarząd PO skierował sprawę do sądu partyjnego, by sprawdził, czy to aby nie nepotyzm. Pani profesor, nie czekając na wyrok, rzuciła legitymację partyjną, bo uznała, że władze partii chcą urządzić upokarzające dla niej widowisko.

Tę kłótnię w rodzinie postanowił wykorzystać lider PiS Jarosław Kaczyński i za namową ówczesnych doradców Adama Bielana i Michała Kamińskiego zaprosił Gilowską do rządu. Objęła tekę wicepremiera i ministra finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Dawni koledzy partyjni szydzili z niej, że teraz ma za kolegów Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, ale ona puszczała to mimo uszu i trzymała się swojego kursu, blokując szalone pomysły gospodarcze LPR i Samoobrony.

W konflikcie PiS z Leszkiem Balcerowiczem i Komisją Nadzoru Bankowego wzięła stronę PiS. Wystąpiła przeciw Balcerowiczowi i przeciw swym byłym kolegom z PO, a za swą lojalność zażądała dymisji Cezarego Mecha - wiceministra finansów, którego sprzeciw wobec fuzji Pekao SA i BPH SA wywołał groźny konflikt (Mech dymisję otrzymał).

Największy cios spadł na nią w czerwcu 2006 r., kiedy rzecznik interesu publicznego Włodzimierz Olszewski złożył wniosek o wszczęcie jej procesu lustracyjnego. Minister finansów została zarejestrowana w aktach SB jako Tajny Współpracownik "Beata". Gilowska odeszła z rządu, ale zarówno Lech, jak i Jarosław Kaczyński cały czas deklarowali, że stoją po jej stronie i wierzą w jej niewinność.

Proces był dla niej wielkim upokorzeniem. "Urszulo, czy ty Boga w sercu nie masz? Przecież to twój mąż esbek mnie wrobił" - mówiła za pośrednictwem mediów do dawnej przyjaciółki. Tłumaczyła, że zarzuty są wyssane z palca. Z dokumentów miało wynikać, że Gilowska opowiadała SB-kom o różnych słabostkach zagranicznych gości wizytujących KUL. W rzeczywistości historia Gilowskiej zapisana w archiwach to klasyczny przypadek osoby, która raczej była ofiarą SB niż współpracownikiem. Jeśli nawet informowała służby - zapewne nieświadomie - to były to informacje bez większego znaczenia. Sąd we wrześniu tego samego roku uznał, że była minister finansów nie skłamała w oświadczeniu lustracyjnym. Ale zdumiewające było to, że sędzia dołączyła do wyroku uzasadnienie, które było swoistym aktem oskarżenia pod adresem Gilowskiej i potwierdzeniem, że rzecznik interesu publicznego miał prawo mieć wątpliwości.

Już dwa tygodnie po wyroku lustracyjnym prezydent Lech Kaczyński i premier Jarosław Kaczyński powierzyli jej znów Ministerstwo Finansów. Co więcej, Gilowska właściwie wbrew poglądom PiS i prezydenta Kaczyńskiego przeprowadziła przez Sejm projekt obniżający podatki i wprowadzający zamiast trzech stawek PiT dwie: 18 proc. i 32 proc. Przeforsowała także obniżkę składki rentowej oraz znaczące złagodzenie podatku spadkowego.

Zaproponowała także likwidację 50-proc. ulgi podatkowej dla naukowców, artystów i intelektualistów. Ich protest poparł jednak prezydent Lech Kaczyński, Gilowska musiała zrezygnować z pomysłu.

Jej zmiany podatkowe ekonomiści oceniali dość przychylnie, bez dwóch zdań jednak najbardziej korzystne były dla osób najzamożniejszych (płacili teraz o 8 pkt proc. mniej, a pozostali podatnicy - o 1 pkt), a tym samym zaprzeczały idei "Polski solidarnej" głoszonej przez braci Kaczyńskich. Wiele osób ze środowiska PiS uważało te decyzje za błędne, m.in. Tadeusz Cymański czy Adam Glapiński. Gilowska nie zmieniała poglądów mimo zmiany partyjnych barw i narzuciła swojemu nowemu ugrupowaniu liberalny styl gospodarczy. Niestety, nie udało się jej przekonać PiS do reformy finansów publicznych. Przegrała wiele głosowań w Sejmie, kiedy to LPR i Samoobrona przy wsparciu opozycji uchwalały kolejne zwiększenie wydatków, a to na drugie becikowe czy bardziej hojne ulgi prorodzinne. Dlatego wielu ekonomistów zarzuca jej, że obniżając podatki, nie potrafiła ograniczyć wydatków, i w efekcie doprowadziła do tego, że nasz dług publiczny rośnie jeszcze szybciej.

Dziś inny kandydat PiS na posła prof. Jerzy Żyżyński wielokrotnie w Radiu Maryja i Telewizji Trwam mówił, że trzeba powrócić do dawnych stawek PiT, czyli "odkręcić" to, co zrobiła Gilowska.

W kampanii wyborczej w 2007 r. wspierała Kaczyńskich. Zdobyła mandat poselski, ale wróciło napięcie z czasów lustracyjnych. Pojawiły się kłopoty ze zdrowiem. W 2008 r. zrezygnowała z zasiadania w Sejmie i zniknęła z życia politycznego na blisko dwa lata. Dopiero na początku 2010 r. prezydent Lech Kaczyński powołał ją do Rady Polityki Pieniężnej. Choć ustawa o RPP nakazuje jej członkom powściągliwość w wypowiedziach i działalności publicznej, Zyta Gilowska w wywiadach telewizyjnych i prasowych ostro atakowała Tuska za "skłonność do okrucieństwa". Mówiła, że jest kapryśny, a prawdziwymi szarmanckimi mężczyznami są tylko bracia Kaczyńscy. Ogłaszała, że w zakładaniu PO brały udział służby specjalne i wie to od pewnego dobrze poinformowanego generała. To był dowód na to, że o ile w sprawach gospodarczych nie dała się zdominować braciom Kaczyńskim, o tyle przejęła i twórczo rozwinęła ich insynuacyjny styl wypowiadania się o politycznych konkurentach.

Odchodząc do RPP, Gilowska miała szansę wrócić na pozycję ekonomisty, fachowca. Zamiast tego Gilowska jak rasowy zagończyk od czasu do czasu wypada z lasu, by pokąsać Platformę. Nie da się jednak siedzieć w Radzie i być czynnym politykiem. Albo, albo.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów