Biznes Ludzie Pieniądze

Dlaczego Niemcy nie chcą ratować Europy?

Bartosz T. Wieliński
12.09.2011 , aktualizacja: 11.09.2011 19:46
A A A Drukuj
Wszystko wskazuje na to, że z kryzysu Niemcy wychodzą obronną ręką. Ale niechęć do pomagania plajtującemu południu Europy zachwiała reputacją Berlina
Europa 2009
Eurostat
Europa 2009
Europa 2011
Eurostat
Europa 2011
Katastrofalne wizje publicystów z przełomu 2009 i 2008 r. zupełnie się nie sprawdziły. Nie doszło do powtórki z Wielkiego Kryzysu z lat 30 XX w., masowych bankructw nie było, nawet Opel, drżący w posadach stary koncern samochodowy, nie tylko przetrwał, ale nie zamknął ani jednej fabryki. Bezrobocie zamiast rosnąć spadło i latem tego roku osiągnęło niespotykany od 19 lat poziom 3 mln bezrobotnych. Gospodarka po prawie 5-proc. recesji w 2009 r. wystrzeliła o 3 proc., choć w tym roku wzrost prognozuje się tylko na 1,6 proc.

To efekt szybkiej reakcji rządu Angeli Merkel, który by pobudzić koniunkturę w pierwszym kwartale 2009 r., wpompował w gospodarkę 50 mld euro. To wówczas m.in. rząd dopłacał do zakupu nowych samochodów. Ale koszta tej akcji Niemcy w najbliższych latach będą musieli spłacić. Już w przyszłym roku Merkel i jej minister finansów Wolfgang Schäuble zapowiadają ostre zaciskanie pasa.

Coś złego dzieje się jednak ze społeczeństwem i politykami. Gdy w zeszłym roku z Grecji napłynęły wieści o katastrofalnym zadłużeniu podkopujące zaufanie do wspólnej waluty, Niemcy ostro sprzeciwili się spłacaniu greckich długów. Argumentowali, że Grecy są sami sobie winni: żyli ponad stan, tolerowali korupcję, fałszowali finansowe statystyki. Do sprzeciwu walnie przyczyniła się też antygrecka nagonka rozpętana przez tabloid "Bild", największą niemiecką gazetę ukazującą się w nakładzie 3 mln egzemplarzy. "Niech Grecy na poczet długów sprzedadzą swoje wyspy", "Chcemy z powrotem naszej D-Marki" ogłaszał "Bild". Pomysły były absurdalne - samo wyjście Niemiec ze strefy euro nie dość, że doprowadziłoby do zawalenia UE, to odbiłoby się im czkawką, Jest jasne, że w niepewnych czasach kurs nowej marki wystrzeliłby w górę, co z kolei podcięłoby skrzydła eksportowi, który jest główną siłą napędzającą gospodarkę. Bank UBS policzył, że demontaż wspólnej waluty kosztowałby każdego Niemca 8 tys. euro.

Merkel wówczas milczała, próbując jednocześnie przeciągnąć przyznanie Grecji pomocy. Jej grę szybko rozszyfrowano - w 2010 r. unikała jednoznacznej decyzji, by nie drażnić wyborców przed ważnymi wyborami do regionalnego parlamentu w Nadrenii Północnej-Westfalii, które ostatecznie i tak przegrała. Sytuacja powtórzyła się w tym roku, gdy Grecja poprosiła o kolejną transzę pożyczki.

Dlaczego Niemcy nie chcą pomagać? Z jednej strony słabnie poczucie, że Niemcy z racji popełnionych podczas wojny zbrodni mają specjalne zobowiązania wobec Europy. Mieszkańcy Monachium, Berlina czy Kolonii chcą już być normalnymi obywatelami kontynentu. Z drugiej strony Niemcy są coraz bardziej niepewni jutra. Gospodarka nie gwarantuje jak przed laty zatrudnienia, a przycięty na początku wieku system socjalny wypłaca zasiłki, które pozwalają jedynie na wegetację. Kryzys tylko wzmocnił ten strach. 60 proc. Niemców uważa, że sytuacja zmierza w złym kierunku. Ludzie uważają, że zamiast płacić pieniądze leniwym Grekom, powinno się je zostawić w kraju, by wspierać niemieckich przedsiębiorców i pracowników. Poprzednik Merkel socjaldemokrata Gerhard Schröder, wbrew woli części społeczeństwa, które bało się zalewu taniej siły roboczej z Polski, rozszerzył UE na wschód. By zbić bezrobocie i ratować budżet, przeprowadził też ostre reformy socjalne. A wyborcy go za to surowo ukarali - od 2005 r. jest politycznym emerytem (choć na ciepłej posadce w radzie nadzorczej spółki Nord Stream z udziałem Gazpromu).

Merkel najwyraźniej nie ma odwagi postawić się wyborcom. Im bardziej jej koalicja traci w sondażach, tym ostrzej wypowiada się o pomocy dla plajtujących gospodarek południowej Europy. Pod wyborców gra do ostatniej chwili, ale potem na unijnych szczytach mięknie i godzi się na kompromisy. Taka zmienna postawa nie dodaje Niemcom wiarygodności.

A przecież w 2005 r. dzięki mediacji i ustępstwom świeżo upieczonej niemieckiej kanclerz udało się przeforsować hojny budżet na lata 2007-13. Pamięta się jej upór z czasów niemieckiej prezydencji, gdy forsowała nowy traktat, który potem nazwano lizbońskim. Merkel byłą wówczas matką Europy. Dziś, słuchając podszeptów "Bilda" i uzależniając przyszłość europy od nastrojów w niemieckich landach, traci reputację. - Ona niszczy moją Europę - bez ogródek w lipcu oceniał politykę następczyni legendarny niemiecki kanclerz Helmut Kohl.

Co gorsza, europejski kryzys dotknął także chadecję. Część posłów domaga się wyrzucenia Grecji i jej podobnych dłużników ze strefy euro, żąda, by kraje te zastawiły pod europejskie pożyczki swoje rezerwy złota. Jedni sprzeciwiają się wprowadzeniu w życie idei rządu gospodarczego, który miały koordynować politykę finansową w strefie euro, inni mówią o konieczności budowy Stanów Zjednoczonych Europy. Okoniem stawia się też niemiecki prezydent Christian Wulff, do wyboru w 2010 r. zastępca Angeli Merkel w partii, który uważa, że Europejski Bank Centralny nie miał prawa skupować hiszpańskich i włoskich obligacji. Wiadomo, że 25 posłów koalicji nie poprze ustawy zezwalającej Niemcom uczestniczenia w Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym (EFSF). (Chodzi o wart 750 mld euro fundusz mający powstać w 2013 r., który ma udzielać kredytów znajdującym się w kryzysie krajom strefy euro). Na spacyfikowanie buntowników ma dwa tygodnie.

W zeszłym tygodniu w Bundestagu kanclerz w płomiennej mowie wzywała naród i partyjnych kolegów do ratowania euro. - Jeśli upadnie wspólna waluta, upadnie Europa. Ale nie dopuścimy do tego - zapewniała. Te słowa brzmiałyby znacznie lepiej, gdyby Merkel z całej siły broniła euro od samego początku.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów