Biznes Ludzie Pieniądze

Z gospodarką jest dobrze, ale z polską walutą jest źle

Patrycja Maciejewicz
24.09.2011 , aktualizacja: 24.09.2011 02:37
A A A Drukuj
Pieniądze wydajemy jak szaleni. Przyspiesza tempo produkcji. Firmy notują rekordowe zyski. Do tego przyzwoity wzrost eksportu i zatrudnienia. Patrząc na ostatnie informacje z gospodarki, można pytać: Kryzys? Jaki kryzys? Jednak spojrzenie na to, co dzieje się ze złotym, nie pozostawi złudzeń.
Cena euro w ostatnich dniach
Cena euro w ostatnich dniach
Produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna
Produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna
Złoty jest coraz słabszy w stosunku do euro
Fot. Stock Photo
Złoty jest coraz słabszy w stosunku do euro
Zmiany w gospodarce w ogromnej części zachodzą pod wpływem czynników psychologicznych. Liczą się nastroje, optymizm, wiara w przyszłość. Rynki finansowe są rozkapryszone, lękliwe i nieprzewidywalne. Wystarczyło kilka dni obaw o recesję w Europie i USA oraz klincz w sprawie Grecji, a kapitał zaczął opuszczać Europę, w trudnych czasach woli dolara.

Dlatego złoty osłabił się do poziomów nienotowanych od ponad dwóch lat. Cena euro przekroczyła 4,52 zł i właśnie patrząc na słabnącego złotego, należy skonstatować - kryzys nie tylko stoi u naszych bram, ale szeroką falą wlewa się do polskiej gospodarki.

Tsunami, wojna i inne żywioły

- Kurs złotego oddala się od zdrowych fundamentów polskiej gospodarki. Słabnący złoty wpływa niekorzystnie na ceny, utrudniając NBP kontrolę inflacji. Znaczna zmienność kursu złotego osłabia potencjał wzrostowy gospodarki - ostrzegał w czwartek szef NBP Marek Belka. To znak, że bankowi centralnemu zaświeciła się już czerwona lampka - sytuacja na rynkach zaczyna być niebezpieczna.

Wczoraj swoje obawy wyrażali też premier i minister gospodarki. Waldemar Pawlak stwierdził, że jeśli kolejny dzień giełdy będą tracić, to przełamane zostaną punkty oporu i szykować się będziemy na prawdziwe tsunami.

- Kluczowe, z mojego punktu widzenia, jest to, czy uda się Polskę w najbliższe cztery lata przeprowadzić bezpiecznie przez coraz bardziej rozszalały żywioł - konstatował z kolei Donald Tusk.

Na tym tle niedawne emocjonalne wystąpienia ministra finansów Jacka Rostowskiego w Parlamencie Europejskim, w którym straszył Europę wizją wojny, która ma być następstwem kryzysu, a także zapowiadał kryzys całej Unii, przestają szokować.

Skąd te rozedrgane emocje inwestorów? Obawiają się, że ani rządy, ani banki centralne nie mają recepty na uratowania świata od kolejnej bolesnej fazy kryzysu, wielu wieszczy recesję. W sytuacji, gdy realna wydaje się groźba bankructwa Grecji, od polityków oczekuje się odważnych decyzji, ale te zwykle są spóźnione. Dlatego rynkami rządzą strach, panika, plotka i czarnowidztwo.



Pawlak: - Ważne, żeby w takiej sytuacji dać po łapach tym, którzy próbują spekulować i zarabiać na bańce strachu i spadków.

Operacja aprecjacja

Wczoraj, krótko po groźbie pod adresem spekulantów, państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego wcielił słowa Pawlaka w czyn i (tak donoszą dilerzy walutowi z innych banków) przeprowadził zmasowaną interwencję. Jednocześnie sprzedawał euro i kupował obligacje. Do BGK dołączył i wzmocnił efekt Narodowy Bank Polski, który jeszcze niedawno wykluczał możliwość interwencji. Też sprzedawał euro ze swoich rezerw walutowych. W ciągu niespełna pół godziny cena euro spadła z 4,51 do 4,40 zł!

Sam fakt, że bank centralny dokonał drugiej w historii płynnego kursu złotego interwencji, świadczy, że sytuacja jest podbramkowa. Ani NBP, ani rząd nie chcieli zapewne czekać, aż przeceniony złoty zacznie szkodzić gospodarce.

W pamięci mają zapewne przykład Szwajcarii, która - dla odmiany - próbowała zniechęcić do swojej waluty. Słowne interwencje nic nie dały, frank szwajcarski, postrzegany jako bezpieczna inwestycja na burzliwe czasy, i tak się umacniał. Koniec końców trzeba było zamrozić jego kurs.

Każda ze stron ulicy Świętokrzyskiej (tu mieszczą się siedziby Ministerstwa Finansów i NBP) ma swoje powody, by słabnącego złotego się obawiać. Bank boi się o inflację - drożejące waluty powodują, że towary z importu drożeją. Ten efekt jest znacznie szybszy niż wpływ zmiany stóp na wskaźnik cen. Gdyby NBP nie zareagował, być może stanąłby przed koniecznością podnoszenia stóp procentowych, co nie przysłużyłoby się wzrostowi gospodarczemu.

Z kolei rząd ma inny kłopot. Jeśli waluty drożeją, to wyrażony w nich dług rośnie i narasta niebezpieczeństwo, że cały dług publiczny przekroczy próg 55 proc. PKB. A wtedy rząd byłby zmuszony na gwałt szukać oszczędności i podnosić podatki, by w kolejnym roku przygotować budżet bez deficytu.

Wprawdzie minister Jacek Rostowski kilka dni temu zarzekał się, że do kursu, przy którym dług przekracza próg ostrożnościowy, jeszcze daleko, jednak wczorajsza zmasowana akcja może sugerować, że wcale nie jesteśmy tak bezpieczni.



Według jednych ekonomistów "próg bólu" jest w okolicach 4,60 zł za euro, inni przekonują, że raczej 4,90 zł.

Jak Czarniecki na rynku

Wspólna akcja ministerstwa, BGK i NBP pokazuje, że Polska trzyma rękę na pulsie i nie chce dać się ponieść "fali tsunami". Od ostrych wypowiedzi polityków do działania minęło zaledwie kilka godzin. Gracze rynkowi byli zaskoczeni. Teraz będą musieli brać pod uwagę, że rządowi dilerzy siedzą gotowi do kolejnej akcji zamiany walut na złote.

Andrzej Sławiński, były członek RPP, dziś szef Instytutu Ekonomicznego w NBP, pytany o sztukę interwencji mówił "Gazecie": - Trzeba działać jak Stefan Czarniecki, który podjazdami szarpał Szwedów, unikając ataków frontalnych. Na rynku walutowym trzeba to robić jeszcze ostrożniej, ponieważ dysproporcja sił jest jeszcze większa. Czasami jednak dobrze wpływa na zachowanie rynków świadomość, że gdzieś w okolicy może krążyć Czarniecki.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    41 głosów