Gdyby przeciętnego Polaka zapytać o korzyści z Unii, to obstawiam, że jedną z odpowiedzi byłby fakt, że z Rzeszowa do Lizbony przejechać można bez paszportu i kontroli granicznych. Uwiarygodnia nas Unia i wymyślona przez nią strefa Schengen - kto znajdzie się w jej obrębie, może swobodnie podróżować po Europie.
Tę strefę w internecie może odtworzyć firma 27-letniego Marka Zuckerberga. Paszportem ma być konto na Facebooku.
Dialog w sklepie. - Ma pan konto na Facebooku?
- Nie mam.
- To przykro mi, ale szynki pan u nas nie kupi.
Brzmi absurdalnie? Oczywiście, ale dokładnie tak zagrało z klientami brytyjsko-szwedzkie Spotify. Spółka, której 2 mln użytkowników płacą za to, by muzyki z jej serwerów słuchać bez reklam, w zeszłym tygodniu ogłosiła ścisły związek z serwisem Zuckerberga. Nowi klienci, jeśli chcą skorzystać ze Spotify, muszą założyć konto na Facebooku. Nie ma konta - nie ma muzyki.
Ryzykowny ruch Spotify nietrudno zrozumieć. Drugiego serwisu tak angażującego użytkowników jak Facebook w internecie nie ma - każdego dnia ponad 2 mld razy użytkownicy (a jest ich w sumie ponad 800 mln) komentują lub wciskają guzik "Lubię to". Amerykanie spędzają tam blisko 18 proc. swojego czasu w sieci. A jak wiele można ugrać na współpracy, świadczy przykład firmy Zynga. Twórca gier takich jak "Mafia Wars" i "FarmVille" wyceną przerósł notowania takich gigantów branży gier jak Electronic Arts. Dziś zatrudnia ponad 2 tys. osób.
Co się stanie, jeśli za Spotify pójdą inni (pokusa jest silna, bo likwidacja wirtualnej straży granicznej to i oszczędności, i wygoda)? Konto na Facebooku stanie się paszportem do wirtualnej strefy Schengen - wszystkich serwisów, które podpisały pakt z Zuckerbergiem.
Dziś mówimy o muzyce ze Spotify. Ale gdyby nie upadek
Lehman Brothers i przykręcenie śruby bankom, czy zdziwiłby nas eksperyment uwiarygodniania się kontem na Facebooku przy bankowej pożyczce? Ot, kredyt gotówkowy nie w reklamowy kwadrans, ale dwie minuty. A żyranci... - w końcu od czego mamy tych 300 znajomych? Byłoby dokładnie tak, jak chcą obsesyjnie twórcy Facebooka - wygodnie, bez tarcia ("frictionless"). A statystyka złych kredytów udzielonych w ten sposób wcale nie musiałaby wzrosnąć.
Jeśli tak się stanie, będziemy świadkami powstania nowej społecznej warstwy internetu: nadal spiętej przez serwery, routery i kable, ale takiej, w której poszczególnymi elementami nie są urządzenia, lecz nasze relacje ze znajomymi.
Paszport Facebooka nie tylko wpuści nas do "nowego" internetu, ale opakuje podróż tym, co w Schengen robili znajomi, i ich rekomendacjami. Czy nie byłaby cenna informacja, który hotel czy
restaurację w Toskanii lub Czechach polecają?
Wbrew pozorom to akurat - bez paszportu - już się dzieje. Myślenie dziś o Facebooku wyłącznie jako o największym serwisie społecznościowym jest błędem. Od mniej więcej roku wtapia się on w sieć, udostępniając swoje fragmenty innym podmiotom. Pisząc: "swoje fragmenty", mam na myśli nic innego jak "nasze relacje" na Facebooku - zbiór znajomych ("social graph") połączony z informacjami, co kto lubi (guzik "Lubię to"). Innymi słowy: klikając "lubię to" pod artykułem, tworzysz pewną relację - informację o tym zobaczę nie tylko na Facebooku (prawdę mówiąc, mógłbym przegapić), ale i po wejściu na witrynę.
Rezultatem tej strategii jest pewna zależność: nie musisz być na Facebooku, by z niego skorzystać. Być może za kilka lat wtopi się w internet na tyle, że nie będzie się można bez niego obejść (względnie będzie dostępna atrapa internetu).
Tylko jeśli ma zacząć wydawać wirtualne paszporty, to kto będzie pilnował strażnika?