Inwestycje w
złoto często przedstawiane są jako bardzo bezpieczne. Argumentuje się, że cena złota jest odporna na dekoniunkturę, i na dłuższą metę złoto to jeden z najlepszych środków przechowywania wartości. Z drugiej strony inwestycje w złoto przedstawia się jako zyskowne i rzeczywiście od dekady cena kruszcu konsekwentnie rośnie. Tymczasem jedną z zasad rynków finansowych jest zysk rosnący w miarę wzrostu ryzyka. Czy na rynku złota inwestorzy znaleźli wyjątek od tej reguły? Niekoniecznie.
Jeszcze dziesięć lat temu 95 proc. wydobywanego złota trafiało w ręce jubilerów, dentystów i firm produkujących sprzęt elektroniczny. Resztę kruszcu w postaci monet i sztabek kupowali inwestorzy. Dziś popyt ze strony tych, którzy przetwarzają surowiec, stanowi tylko niewiele ponad 50 proc. łącznego zapotrzebowania. Pozostałą część złota coraz chętniej nabywają inwestorzy. Widocznym znakiem zmian na rynku jest rekordowa ilość surowca zgromadzona w skarbcach w Londynie i związane z tym zjawisko wzrostu kosztów wynajmu skrytek w londyńskich bankach. Mennice z kwartału na kwartał ogłaszają rekordową ilość sprzedanych monet kolekcjonerskich, a każda inwestycja dużej firmy wydobywczej w celu zwiększeniu wydobycia złotego kruszcu bez większych problemów zdobywa finansowanie na rynku.
Co sprzyjało i cały czas sprzyja rosnącemu zapotrzebowaniu na kruszec ze strony inwestorów? Przede wszystkim polityka banków centralnych (głównie Fedu), związane z nią obawy o wzrost inflacji i spadek wartości dolara, a ściślej rzecz ujmując - przekonanie większości inwestorów, że luźna polityka monetarna wpływa w długim okresie na wzrost realnych cen kruszcu. Drugim motywem jest polityka banków centralnych krajów rozwijających się, które dzięki nadwyżkom handlowym mają duże rezerwy walutowe i od trzech lat w ramach ich dywersyfikacji kupują złoto na rynkach finansowych. Trzecim czynnikiem jest dyskontowanie przez inwestorów wzrostu popytu realnego w Chinach i Indiach, w których dynamicznie rozwijające się gospodarki powinny sprzyjać rosnącemu zapotrzebowaniu na złotą biżuterię. Czwartym równie ważnym czynnikiem jest powstanie w latach 2004-06 funduszy ETF, które inwestując w fizyczny kruszec, pozwalają w bardzo tani i szybki sposób wejść na rynek złota.
To właśnie ten ostatni czynnik wpłynął na to, że inwestorzy, mając intuicyjne narzędzie oraz pretekst (pierwsze trzy czynniki), rzucili się na metale szlachetne. Według najnowszych statystyk wszystkie fundusze ETF na świecie mają ponad 2 tys. ton fizycznego złota, czyli połowę rocznej podaży kruszcu na całym świecie. Jeszcze więcej kruszcu (trudno oszacować, ile dokładnie) zgromadzone zostało na "półkach" inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych. Dlatego też od trzech lat połowa złota wydobywanego w kopalniach na całym świecie cały czas leży spokojnie, przynosząc radość właścicielom, którzy, obserwując codzienne notowania surowca na giełdach towarowych, liczą zyski. Problem w tym, że zyski te są na razie wirtualne i papierowe.
Co się stanie, gdy duża część inwestorów postanowi zrealizować zyski? Biorąc pod uwagę to, że większość surowca zgromadzonego w Londynie, poprzez ETF-y skoncentrowana jest w rękach największych funduszy hedgingowych i banków inwestycyjnych, decyzja o upłynnieniu przez jednego z większych inwestorów jednostek uczestnictwa może radykalnie zmienić sytuację na rynku surowca. Wtedy też inwestorzy, którzy ulegli psychologii niekończącej się hossy, mogą pod wpływem emocji zacząć sprzedawać swoje sztabki, monety i instrumenty, które pozwalały zarabiać im na wzroście cen. W tym też momencie ani polityka jakichkolwiek banków centralnych, ani rosnąca sprzedaż naszyjników w Indiach nie miałaby żadnego znaczenia dla wpadających w charakterystyczną dla pękającej bańki panikę inwestorów. Tradycyjnie, jak przy większości baniek spekulacyjnych, inwestorzy instytucjonalni dzięki dużo bardziej racjonalnemu podejściu do rynku prawdopodobnie zrealizują dość duże zyski. Stracą zaś ci, którzy, wchodząc tłumnie w rynek w ostatniej jego fazie, działali pod wpływem reklam, rad sąsiadów i rachunków kolegów inwestorów.
Kiedy może to nadejść? Praktycznie w każdej chwili. Obecna struktura popytu jest nie do utrzymania w dłuższym okresie, popyt realny nie rośnie, banki centralne nie skupują złota w takim tempie, jak inwestorzy a sytuacja na rynku międzybankowym w Europie może wpłynąć na dalsze umacnianie się dolara. Dlatego też wszystko sprowadza się do decyzji kilku dużych graczy. Być może poczekają oni jeszcze na kolejną rundę luzowania ilościowego w
USA i Europie, która spowodowałaby napływ kolejnych drobnych inwestorów na rynek złota. Jednakże nadejście końca dziesięcioletniej hossy jest nieuniknione. Finalnym efektem załamania się
cen złota będzie powrót do struktury popytu, w której ponownie na pierwszy plan wyjdą jubilerzy, dentyści i przemysł.