Tego jeszcze nie było - w tym samym czasie, gdy rządy Włoch, Hiszpanii i innych zagrożonych bankructwem państw głowią się, jak skłonić inwestorów do zakupu obligacji za grube miliardy euro, nasze Ministerstwo Finansów zapowiada na najbliższy poniedziałek operację bez precedensu. Nie tylko nie zamierza emitować nowych papierów dłużnych, które posłużyłyby do zalepienia dziury w
budżecie, lecz planuje coś wręcz odwrotnego - zorganizuje aukcję, na której zaproponuje inwestorom wcześniejsze odkupienie części bonów skarbowych, które wcześniej im sprzedało. Apetyty ministerstwa - jak ogłoszono w piątek - są ogromne. Oferta ma objąć bony skarbowe o astronomicznej wartości 16,7 mld zł!
O co tu chodzi? Czy rząd ma za dużo pieniędzy, skoro chce je wydać na wykup własnych papierów? Zdaniem ekonomistów to nie nagły przypływ bogactwa do budżetu państwa, lecz chytra strategia ministra Jacka Rostowskiego. - Wykup bonów skarbowych przed terminem ma na celu obniżenie długu państwa na koniec roku - mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Kredyt Banku.
Kto odsprzeda rządowi te bony? Rząd może sobie na to pozwolić, bo na rachunku w NBP leży w tej chwili 40 mld zł. I część tych pieniędzy Ministerstwo Finansów może wykorzystać na taką operację, by na koniec roku pochwalić się niższym zadłużeniem i zyskać większą wiarygodność w oczach finansistów z całego świata. Tak jak Kowalski, który miałby w jakimś banku 100 tys. zł długu i 50 tys. gotówki w portfelu, które nagle przeznaczyłby na spłatę długów. Byłby mniej zadłużony, a więc bardziej wiarygodny dla innych banków.
Ale czy akcja się powiedzie? Zdaniem Jakuba Borowskiego wykupienie bonów skarbowych na kwotę przeszło 16 mld zł będzie bardzo trudne. - Trudno skupić taką ilość bonów. Są bardzo rozproszone po różnych instytucjach, które wcale nie muszą chcieć ich akurat teraz sprzedawać, nawet jeśli minister finansów zaoferuje dobrą cenę - mówi ekonomista Kredyt Banku. Jego zdaniem w czasie poniedziałkowego przetargu uda się skupić bony za 5-6 mld zł. Wiceminister finansów Dominik Radziwiłł stwierdził w piątek, że resort liczy, iż uda się odkupić bony za kwotę co najmniej 2-3 mld zł. Zdaniem ekonomistów to jednak i tak dobry ruch.
Po co minister finansów go robi? Nie tylko z powodu dbałości o wiarygodność kraju. Rząd boi się, że dług Polski przekroczy próg 55 proc. naszego
PKB. Wtedy - zgodnie z regulacjami unijnymi - rząd musiałby wprowadzić dodatkowe cięcia wydatków, czekałyby nas też podwyżki podatków, przede wszystkim VAT.
Na razie sytuacja jest pod kontrolą. Od przekroczenia progu oddala nas znacznie niższy od planowanego deficyt budżetu państwa (po listopadzie - o ponad 16 mld zł). Na koniec roku dziura w kasie państwa nie będzie raczej większa od 25 mld zł, a przecież planowano, że wyniesie nawet 40,2 mld zł. Niższy, niż zakładano, będzie też zapewne deficyt sektora samorządowego. - Poza tym kurs złotego wciąż jest na bezpiecznym poziomie. Euro musiałoby kosztować około 5 zł, by ryzyko przekroczenia progu zadłużenia było realne - mówi Dariusz Rosati, szef sejmowej komisji finansów publicznych. Część naszych długów jest wyrażona w walutach obcych, więc każde osłabienie się kursu złotego zwiększa dług wyrażony w lokalnej walucie.
Wszystkie ręce na pokład. Nawet te samorządowe Zdaniem naszych rozmówców dla ministra Rostowskiego bardziej liczy się efekt psychologiczny niż zagrożenie, że
Polska mogłaby przekroczyć próg zadłużenia. Rząd liczy, że jeśli pokaże rynkom finansowym, iż na koniec grudnia dług jest na niespodziewanie niskim poziomie, to nasz wizerunek jako kraju się poprawi. Bo finanse publiczne to teraz główne kryterium wiarygodności - ci, którzy długo żyli ponad stan, płacą dziś za to wysoką cenę. Jeśli zaś będziemy bardziej wiarygodni, będziemy mogli emitować nowe obligacje, płacąc za nie niższe oprocentowanie.
Ministra finansów Jacka Rostowskiego wspomaga w tym nawet stołeczny samorząd, gdzie przewagę ma PO. Radni zgodzili się właśnie, by pół miliarda złotych, których nie wydano w tym roku na inwestycje, "ulokować" w bonach skarbowych odkupionych od instytucji finansowych na rynku wtórnym. Dariusz Rosati tłumaczy: - Samorządy są częścią sektora finansów publicznych. Dług, choć wciąż nieumorzony, przestaje być w rękach zewnętrznych. W ten sposób zadłużenie spada. Samorządowcy uzgodnili, że po Nowym Roku, gdy pieniądze znów będą im potrzebne, zakupione bony będą odsprzedane ministerstwu.
Najlepszym prezentem noworocznym dla ministra finansów byłaby jednak podwyżka ratingu Polski przez którąś z dużych agencji. Wedle naszych informacji jedna z agencji przygotowuje nową ocenę Polski i na początku roku jej analitycy będą w Warszawie. To też zapewne przyczyna "czyszczenia" książek z długami, które planuje resort finansów.
Gdyby ocena wiarygodności Polski poszła w górę, inwestorzy dostaliby sygnał, że w czasach niepewności wywołanej kryzysem warto na naszym rynku lokować pieniądze. - W sytuacji gdy czekają nas kolejne turbulencje, jest to działanie bardzo roztropne. Już i tak to, że przez ostatnie dwa-trzy miesiące nasze obligacje traciły tylko minimalnie, było prawdziwym cudem. Musimy zrobić wszystko, by Polska była nadal tak postrzegana, a może nawet lepiej - mówi Borowski.
Rusza machina reform budżetowych Lepszej ocenie Polski przez analityków i inwestorów mają też służyć reformy i cięcia wydatków. Pierwsze w piątek uchwalił Sejm. Posłowie poparli rządowy projekt tzw. ustawy okołobudżetowej.
W ustawie zapisano zamrożenie płac w budżetówce, także sędziom i prokuratorom. Podwyżki dostaną nauczyciele. Dodatkowo o 300 zł miesięcznie wzrosną płace policjantów i żołnierzy. Wzrośnie akcyza na olej napędowy i wyroby tytoniowe. Rząd tłumaczy te podwyżki potrzebą dostosowania naszych stawek akcyzy do unijnych.
Ustawa zmienia też zasady zaokrąglania podatków. To zamknie lukę w
podatku Belki. Tzw. lokaty jednodniowe, które pozwalały tego podatku uniknąć, stracą rację bytu. To wszystko, a także zmiany stawek akcyzy, ma dać
budżetowi w przyszłym roku dodatkowo blisko 3 mld zł.
Ale to nie koniec. Rząd spieszy się też z reformami zapowiedzianymi przez premiera w exposé. Prawdopodobnie już w przyszłym tygodniu Sejm zajmie się rządowym projektem podniesienia o 2 pkt proc. składki rentowej. Podwyżka ma wejść w życie od lutego. To kolejne nawet 6 mld zł dla budżetu. W styczniu gotowy ma być projekt ustawy podnoszącej wiek emerytalny do 67 lat. W kolejce czekają też cięcia ulg i przywilejów w PIT (od 2013 r.), zmiany zasad przyznawania becikowego, likwidacja przywilejów emerytalnych...