Trójka synów Łukasza Wejcherta rozwaliła szafę we francuskim hotelu. Dla zabawy dwaj bracia zamknęli w środku trzeciego, najmłodszego, ale ten spanikował i wyważył drzwi. Gdy kilka dni później ojciec dostał rachunek za naprawę, zwołał naradę z dziećmi. - No i co teraz zrobimy, panowie? - zapytał surowo. Starszy syn, 11-latek, zaproponował, że wraz z braćmi zapłaci z kieszonkowego. Ale uzbierana w ten sposób kwota nie była wystarczająca. - To sprzedajmy na Allegro zabawki i dołóżmy do kieszonkowego. Może wystarczy? - zaproponował średni syn, 9-latek. Ale ile można zarobić w ten sposób? W trakcie kalkulacji wyszło na jaw, że wystawione na sprzedaż zabawki miały pochodzić ze zbiorów najmłodszego brata, 7-latka.
Przypomina to dylemat, z którym zmierzyli się udziałowcy Grupy ITI po śmierci jej założyciela. Spadkobiercy Jana Wejcherta postanowili opuścić budowane przez ponad ćwierć wieku imperium medialne, a pozostali wspólnicy musieli znaleźć środki na odkupienie ich większościowych udziałów. Rachunek był duży, ale zabawki - wspólne. Które z nich wystawić na sprzedaż? Najcenniejsza to TVN - notowana na warszawskiej giełdzie
telewizja komercyjna skupiająca wianuszek kanałów tematycznych, portal Onet oraz platformę cyfrowa N. Grupa ITI miała w niej 56,21 proc. udziałów. Jednak ich sprzedaż zepchnęłaby do drugiej ligi holding, do którego należą też sieć Multikino, klub piłkarski Legia oraz wydawnictwo Pascal. Na tle telewizji wszystkie te firmy wyglądają bardziej niż skromnie. Jak ocalić rodzinną firmę i spłacić udziałowców? Jak zjeść ciastko i mieć ciastko?
Koniec epoki - Janek by do tego nie dopuścił - tak wystawienie na sprzedaż większościowego pakietu TVN skomentował latem tego roku Zygmunt Solorz-Żak, właściciel m.in. Polkomtela oraz Cyfrowego Polsatu.
Jan Wejchert zmarł w sobotę wieczorem, w wigilię Święta Zmarłych 2009. Kilka dni wcześniej jeszcze przychodził do biurowca Grupy ITI na warszawskiej Sadybie, a w piątek wieczorem wyleciał firmowym odrzutowcem Falcon do swego domu w Nicei na weekend. Tam poczuł się źle i został szybko przewieziony do szpitala w Zurychu, gdzie lekarze stwierdzili sepsę. Serce 59-letniego biznesmena nie wytrzymało. Przez 16 lat udawało mu się skutecznie walczyć z białaczką, ale o tym wiedzieli nieliczni, dlatego nagła śmierć była kompletnym zaskoczeniem dla pracowników całej grupy medialnej w Polsce. - Doigraliśmy się - podsumował kilka dni później w prywatnej rozmowie menedżer jednej ze spółek holdingu. - Ciekawe, kto teraz ogarnie to wszystko.
Do ogarnięcia było sporo. Raport roczny Grupy ITI za 2010 r. wymienia ponad 40 spółek zarejestrowanych nie tylko w Polsce, ale też Luksemburgu, Holandii, Szwecji czy Wielkiej Brytanii. Poza mediami twórca i główny udziałowiec holdingu inwestował m.in. w
nieruchomości, a na krótko przed śmiercią rozpoczął nawet budowę pola golfowego. Cały ten majątek wraz z większościowym pakietem (64 proc. akcji) w Grupie ITI przypadł trójce jego
dzieci z pierwszych trzech małżeństw, czyli Łukaszowi, Agacie i Victorii, oraz czwartej żonie Aldonie Wejchert wraz z dwójką ich małych dzieci - 5-letnim wówczas Brunonem i roczną Charlottą.
Który z czterech dorosłych spadkobierców mógłby przejąć schedę po założycielu? 29-letnia Agata Wejchert jako członek zarządu spółki Wejchert Investments prowadziła klub Polskiej Rady Biznesu w Pałacyku Sobańskich w Warszawie. Była to jednak praca na obrzeżach imperium medialnego, które zbudował jej ojciec. Jeszcze luźniej związana z ITI była 20-letnia Victoria, która zasiadała w radzie fundacji Politikos zajmującej się kształceniem młodych polityków i kierowanej przez jej starszego przyrodniego brata Łukasza. - Ani Agata, ani Vicki nigdy nie garnęły się do prowadzenia biznesu. Zresztą w czasach największych sukcesów ITI były na to zbyt młode - mówi dawny współpracownik Jana Wejcherta.
Pozostawali Łukasz i Aldona Wejchert. 38-letni Łukasz, syn z pierwszego małżeństwa, dorastał w Danii, gdzie po rozwodzie rodziców przeniosła się jego matka. Do tej pory lubi mówić o sobie półżartem, że jest "prostym skandynawskim chłopakiem". Po ekonomii w Portobello Business College w Dublinie kilka lat pracował w bankach inwestycyjnych. Zawsze był pasjonatem nowych mediów, dlatego gdy w drugiej połowie lat 90. pojawił się w biznesie rodzinnym, poprowadził serwis rozrywkowy Tenbit.pl. A po przejęciu przez holding Onetu stanął na czele największego w Polsce portalu internetowego.
W tym czasie Aldona Wejchert budowała sieć kin Multikino jako dyrektor generalna i prezes tej firmy. Potem zasiadała w radach nadzorczych innych spółek holdingu. Miała 24 lata, gdy jako świeżo upieczona absolwentka SGH pojawiła się w 1993 r. w siedzibie firmy na warszawskiej Pradze, nieopodal zespołu basenów na Namysłowskiej. Jana Wejcherta poznała nie od razu. "Minęło sporo czasu, zanim zaczęło się między nami coś dziać. Broniłam się przed tym potwornie, w końcu postanowiłam, że zdam na
MBA w Stanach i wyjadę z Polski. I wtedy on zaczął o mnie zabiegać w taki sposób, że mogłabym napisać książkę o walczącym rycerzu. (...) Chętnie mnie słuchał, ufał mojej intuicji. (...) Osiągnął sukces, miał talent do biznesu, był odważny, umiał ryzykować, ale wkładał w to mnóstwo wysiłku, nic mu nie przyszło łatwo, przeciwnie, raczej zawsze miał pod górkę" - wspominała po śmierci męża w wywiadzie dla miesięcznika "Pani".
Spadkobiercy patrzą w różne strony Po śmierci założyciela u sterów nie stanęli jednak ani jego pierworodny, ani wdowa. Szefem rady dyrektorów Grupy ITI został najpierw Mariusz Walter, a wkrótce potem Bruno Valsangiacomo, który pełni tę funkcję do dziś, choć - jak ujawnił w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" - wówczas był właścicielem tylko 15 proc. udziałów w holdingu. Aldona i Łukasz Wejchertowie mogli jednak wpływać na zarządzanie majątkiem pozostawionym przez ojca i męża. Łukasz - jako wiceprezes TVN, prezes grupy Onet oraz członek komitetu wykonawczego Grupy ITI, w którym reprezentował interesy spadkobierców. Aldona Wejchert - jako członek rady nadzorczej grupy.
Sytuacja Agaty i Victorii była bardziej skomplikowana. - Co z tego, że ojciec zostawił im udziały w biznesie, skoro nie tylko nie mogły nimi swobodnie rozporządzać, ale też nie miały wpływu na firmę? Poczuły się zepchnięte na margines - mówi jeden z weteranów Grupy ITI i przyjaciel zmarłego.
Testament Jana Wejcherta precyzyjnie dzielił majątek, ale nie był w stanie zjednoczyć spadkobierców wokół rodzinnego biznesu. - Szybko się okazało, że mają różne pomysły i plany na przyszłość - mówi jeden z przedstawicieli holdingu. Zaczęło między nimi iskrzyć, a w mediacjach brali udział pozostali udziałowcy. Ten etap w historii Grupy ITI należy do najpilniej strzeżonych tajemnic. - Firma może się rozwijać, gdy wszyscy udziałowcy patrzą w tym samym kierunku. Miałam wrażenie, że wtedy tak nie było, dlatego byłam gotowa się wycofać - tłumaczy Aldona Wejchert. Na dłuższą rozmowę się nie zgadza.
Ku zaskoczeniu wszystkich wycofać się postanowił także Łukasz Wejchert. Po śmierci ojca nie mógł się skupiać już tylko na ukochanym Onecie, bo coraz więcej czasu musiał poświęcać holdingowi. - Męczyła go polityka wewnątrz tej firmy - mówi jeden z jego bliskich współpracowników. Łukasz Wejchert odmówił komentarza.
Wyjście całej grupy spadkobierców oznaczało, że firma musi znaleźć pieniądze na wykupienie większościowego pakietu. Zwiększenie zadłużenia nie wchodziło w grę, bo Grupa ITI i tak uginała się pod ciężarem długów wartych ok. 260 mln euro. Pozostawał ruch, który wcześniej byłby nie do pomyślenia: sprzedaż udziałów w największej i najbardziej dochodowej spośród firm holdingu - TVN. Pozostali udziałowcy chcieli temu zapobiec i przekonywali Aldonę i Łukasza Wejchertów do pozostania. "Zgadzamy się co do tego, że się nie zgadzamy" - to zdanie często padało w rozmowach, które odbywały się w Luksemburgu, Szwajcarii i Polsce. Sprowadzenie ich do pieniędzy byłoby uproszczeniem. Właściciele firm rodzinnych na całym świecie mają głęboki sentyment do tego, co udało im się zbudować. Czy to on skłonił Aldonę Wejchert do pozostania? - Moje serce zawsze było i jest tu, w ITI i TVN - odpowiada "Gazecie".
Łukasz Wejchert nie dał się przekonać. - Nie ma pan wrażenia, że niweczy działo ojca? - zapytałem.
- Nie. Ojciec wychowywał nas, powtarzając, że w życiu powinno się robić to, co się lubi. Teraz podążam właśnie tą ścieżką - odparł Łukasz Wejchert. Swoją przyszłość widzi w biznesie internetowym, ale szczegółów nie zdradził. Podczas konferencji prasowej zażartował: - Moja żona mówi, że będę master of my own disaster [z ang. sprawcą własnej klęski].
Koniec przyjaźni Grupa ITI potrzebowała boskiej interwencji już wcześniej. 14 maja 2009 r. o godz. 18 w kościele św. Anny na warszawskim Wilanowie odbyła się msza w intencji holdingu. Jego prezes Wojciech Kostrzewa tłumaczył to obchodami 25. urodzin firmy. Rocznicowy bankiet, który odbył się tego samego dnia, nie zapadłby w pamięć nikomu poza jego organizatorami, gdyby nie Mariusz Walter.
Zwykle uśmiechnięty i szarmancki, tym razem wyglądał na przygnębionego. Goście, z którymi zamienił tamtego wieczoru po kilka zdań, twierdzą, że współzałożyciel jednej z największych firm medialnych w Polsce pozwolił sobie na niespodziewaną szczerość. - W trakcie rozmowy nagle wyznał, że nie jest dobrze. Że losy najlepszej telewizji w kraju są niepewne. I że być może skończy ona jako łup jednego z międzynarodowych koncernów medialnych - mówi jeden z obecnych na bankiecie. - Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Mariusz jest znany z tego, że nic nie mówi przez przypadek, dlatego zastanawiałem się, co oznaczają jego zwierzenia.