"Pakt fiskalny staje się biurokratyczną wydmuszką" - twierdzi w "Dzienniku. Gazecie Prawnej" Hugo Brady, ekspert Center for European Reform w Londynie.
"Wielu spodziewało się, że pakt fiskalny rzeczywiście przyniesie zmianę struktury działania strefy euro. Zgodnie z tą wizją w zamian za zobowiązanie krajów południa Europy do przestrzegania surowych reguł deficytu budżetowego
Niemcy miały się zgodzić na emisję
euroobligacji i zmianę mandatu EBC, tak aby mógł on bez ograniczeń kupować dług słabszych państw Eurolandu. Tak się jednak nie stało. Pakt jest pusty: powtarza zapisy powołanego jeszcze w 1999 roku paktu o stabilności i rozwoju, które zresztą pierwsze złamały Niemcy. Można wręcz odnieść wrażenie, że wszystko, czego chce Angela Merkel, to przekonać swoich wyborców, że
Berlin nie rozdaje pieniędzy za darmo. Chodzi więc bardziej o psychologię niż realne zmiany."
"DGP" zamieszcza też własny komentarz, pióra Zbigniewa Parafianowicza: "Unia pęka, Praga odpływa, Tusk gra dalej." "Przyjęty na grudniowym szczycie UE model integracji - poprzez umowy międzyrządowe - rozmontował zasadę konsensusu, czyli jednomyślności "27". Chcesz, podporządkowujesz się najsilniejszym: Berlinowi i Paryżowi. Nie chcesz - umowa i tak wchodzi w życie. Obowiązuje w 2, 3, 17 albo 25 krajach. W tylu, ile ją zaakceptuje. To ten model integracji podzielił Europę na tych, co przy stole, i przystawki.
Czy Tusk mógł wetować wcześniej, na grudniowym szczycie? Tak. Podobnie jak
Wielka Brytania mógł z definicji odrzucić pakt fiskalny. I pozbawić się prawa negocjowania jego kształtu. Albo konkretyzując: pozbawić się prawa pacyfikowania najbardziej szkodliwych dla Polski zapisów, które powstają we francuskocentrycznych głowach dyplomatów z Quai d'Orsay. Trzeba przyznać, że część z tych zapisów od grudnia udało się utrącić. Dodając np. zasadę wygaszania, czyli wymogu wprowadzenia do prawa unijnego zasad zapisanych w umowie międzyrządowej. To jednak wciąż za mało, by uznać narzuconą, francusko-niemiecką Europę".
Komentarz,
zamieszczony w "Rzeczpospolitej" brzmi: "Niech inni budują euro land":
"Idea elitarnego klubu euro należy z pewnością do jednego z najciekawszych eksperymentów gospodarczych świata, ale dziś ten system się wali" - pisze Paweł Jabłoński. "Dopóki nie uzyska stabilnych podstaw finansowych i jednolitych zasad działania, trzeba go omijać z daleka () Problem w tym, że w sprawie euro premier już mówił różne rzeczy. Warto pamiętać, że w 2008 roku obiecywał jego przyjęcie w 2011 roku, czyli jeszcze w krótszym czasie, niż gdyby słowa niemieckiego przewodniczącego PE miały być prawdziwe. Wtedy też minister Rostowski starał się wyjaśnić nieporozumienie, ale trudno było powiedzieć wszystkim, którzy słuchali premiera w Krynicy, że się przesłyszeli.
Polska ze stosunkowo zdrowymi finansami publicznymi mogłaby być silnym wsparciem dla reform w eurolandzie, więc Schulz usłyszał, co chciał usłyszeć. Nie ma jednak znaczenia, co mu naprawdę powiedział nasz premier. Nikt w Polsce przy zdrowych zmysłach nie zgodzi się na zbyt szybkie przyjęcie euro. Nasza gospodarka korzysta z tego, że mamy złotego. Trzeba popierać tych, którzy chcą reformy eurolandu, ale raczej nie powinniśmy tego finansować, a już na pewno nie wprowadzać się tam przed innymi".
"Gazeta Wyborcza"
zamieszcza na pierwszej stronie obszerną informację o szczycie, ale bez własnego komentarza. Za komentarz niech posłuży zatem wypowiedź szefa fińskiej dyplomacji Erkki Tuomioja, którą "GW" cytuje: "To w najlepszym wypadku dokument niepotrzebny, a w najgorszym szkodliwy. Pracujemy nad nim, bo Berlin potrzebuje go w wewnętrznej polityce niemieckiej."