Minister finansów rozpoczyna walkę z ulgami. Na pierwszy ogień idzie ulga internetowa, potem trochę zamieszania będzie z ulgą na
dzieci, a na koniec oberwie się twórcom.
Ulgi podatkowe i zwolnienia tylko wtedy mają sens, kiedy realizują jakiś cel, któremu mają służyć. Tak było z ulgą internetową w dobie "przed Streżyńską", kiedy internet był drogi, a dostęp nie był powszechny. Teraz ta ulga pozwala jedynie na niewielkie obniżenie podstawy opodatkowania, bo i internet kosztuje kilkadziesiąt, kilkanaście złotych.
Nie sprawdziła się ulga związana z wychowaniem dzieci. Urząd statystyczny nie stwierdził, by wzrosła dzietność Polaków dlatego, że mogą w PIT-ach odliczyć trochę ponad 1 tys. zł na rok. Propozycja modyfikacji tej ulgi, w wersji przedstawionej przez ministra Grabowskiego, tylko skomplikuje system, a najbiedniejsi, którzy otrzymują niewysokie
pensje, i tak nadal niewiele z tego skorzystają.
I wreszcie twórcy. Chyba likwidacja dla tej grupy podatników preferencyjnych kosztów uzyskania przychodów budzi najmniejsze emocje. Może dlatego, że niewielu artystów i twórców kultury zna się na podatkach? Tymczasem likwidacja 50 proc. kosztów uzyskania przychodów przy dochodzie przekraczającym 42,5 tys. zł spowoduje, że otrzymają znacznie mniejsze
wynagrodzenia. Wygląda na to, że twórcy kultury i artyści zostaną ofiarami słusznej idei, by aktor występujący w reklamówce lub prezenter telewizyjny zarabiający krocie za to tylko, że zapyta: "co pan/pani na to", nie korzystał z przywilejów podatkowych.
Może, zamiast tworzyć mutacje nieefektywnych ulg dla klasy średniej, warto by wreszcie pomyśleć o podniesieniu kwoty wolnej od podatku albo wspólnym rozliczeniu rodzin. Rozwiązanie łatwiejsze i nie psuje systemu podatkowego, a efekt ten sam.