Biznes Ludzie Pieniądze

Młodzi w internetowej pułapce

Prof. Wojciech Cellary, Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu
03.02.2012 , aktualizacja: 02.02.2012 22:08
A A A Drukuj
Taki bunt młodego pokolenia jak ten, z którym mamy do czynienia w sprawie ACTA, musi mieć głębszą przyczynę niż dwie klauzule w jednym akcie prawnym.
Wojciech Cellary
Wojciech Cellary
Przeciw traktatowi ACTA protestowało przed tygodniem ponad 50 tys. osób w kilkudziesięciu miastach Polski
Marcin Biodrowski
Przeciw traktatowi ACTA protestowało przed tygodniem ponad 50 tys. osób w kilkudziesięciu miastach Polski
Najczęściej bunt młodych jest wyrazem frustracji wynikającej z utraty nadziei na znalezienie w społeczeństwie miejsca zgodnego z ich ambicjami i aspiracjami. Prawdziwą przyczyną obserwowanego aktualnie buntu młodych, niekoniecznie przez nich uświadamianą, jest chybiona próba zbudowania w Polsce społeczeństwa opartego na wiedzy bez gospodarki opartej na wiedzy. Sprawdza się stara prawda, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze.

Rozważmy młodych ludzi w wieku produkcyjnym. Wszyscy namiętnie klikają w internecie. Ale wśród klikających można wyróżnić trzy grupy ludzi, z których każda klika w innym celu. •  Pierwsza grupa to pracujący w e-biznesie. Ci mają dobrze - klikają i za to im płacą, często nieźle. Kocham tę robotę - można od nich usłyszeć. •  Druga grupa to pracujący poza e-biznesem. Ci klikają po pracy. Dla nich klikanie to rozrywka, lepsza niż inne. •  Wreszcie trzecia grupa to bezrobotni, najczęściej z tytułem magistra. Dla nich klikanie to substytut życia. W internecie są tacy sami jak wszyscy inni, klikają na równo z innymi. Poza internetem nie są tacy sami, bo nie zarabiają własnych pieniędzy, więc na nic ich nie stać. Ile CV można wysłać, nie otrzymując nawet żadnej odpowiedzi? W końcu przestaje się je wysyłać, bo po co?

W realu są gorsi, w internecie są równi albo wirtualnie lepsi - mają więcej odsłon, więcej wpisów, zbierają więcej punktów za klikanie. Jest tylko jeden warunek - klikanie musi być za darmo. Musi być za darmo, bo oni są bezrobotni i nie mają pieniędzy na własne utrzymanie, a co dopiero na klikanie. I tu tkwi pułapka internetowa na młodych ludzi. Są wykształceni, mają tytuł magistra, mają wiedzę, po to studiowali, aby sprzedawać tę nabytą wiedzę w formie produktów i usług cyfrowych i z tak zarobionych pieniędzy żyć. Dostaną te - należne im - pieniądze, jeśli treści w internecie będą płatne, bo dzisiaj główną platformą dystrybucji wiedzy i twórczości jest internet. Ale oni tego nie chcą - chcą, aby treści w internecie były za darmo, bo oni nie mają na nie pieniędzy. Tylko że tak się nie da. Nie można jednocześnie chcieć zarabiać na sprzedaży własnej wiedzy i twórczości przez internet, i chcieć, aby cudza wiedza i twórczość były za darmo. To jest sprzeczne!

Jesteśmy na dobrej drodze do zbudowania w Polsce społeczeństwa wiedzy, przynajmniej nominalnie. Studiuje ponad połowa młodego pokolenia, mamy dwa miliony studentów, więc za chwilę będziemy mieć miliony absolwentów. To bardzo pozytywne zjawisko, jest tylko jedno "ale" - nie zbudowaliśmy w Polsce gospodarki opartej na wiedzy, która wykształconym ludziom dałaby pracę opartą na wiedzy zgodną z ich aspiracjami.

Gospodarka oparta na wiedzy polega na sprzedaży wiedzy i twórczości za pieniądze, z których to pieniędzy biorą się pensje pracowników i twórców. Podobnie jak w gospodarce opartej na surowcach nie rozdaje się ropy za darmo, tylko każe za nią płacić około 100 dolarów za baryłkę, tak samo w gospodarce opartej na wiedzy nie można oczekiwać rozdawania wiedzy za darmo. Jakby ropa była za darmo, to za chwilę by jej nie było, bo nie byłoby czym zapłacić pracownikom odpowiedzialnym za jej wydobycie, przetwórstwo i dystrybucję. Tak samo jest z wiedzą.

W gospodarce nic nie ma za darmo, bo wytworzenie czegokolwiek wymaga poniesienia kosztów, w tym osobowych, i wygenerowania zysku, z którego jest finansowany rozwój. Teoretycznie koszty darmowych treści w internecie mogą być pokrywane przez reklamodawców. Jednak totalną mrzonką jest oczekiwanie, że reklamodawcy zapłacą tyle za treści w internecie, że utrzymają się z tych pieniędzy miliony absolwentów wyższych uczelni. Podobną mrzonką jest oczekiwanie, że za tyle treści w internecie zapłacą podatnicy. Takie pieniądze mogą pochodzić tylko i wyłącznie od konsumentów wiedzy i twórczości.

Tutaj dochodzimy do kolejnego problemu młodego pokolenia, a mianowicie użyteczności nabytej przez nich wiedzy. Na rynku wiedzy tylko wiedza użyteczna może uzyskać takie uznanie konsumentów, aby byli skłonni za nią zapłacić.

Rozważmy następujący przypadek. Mamy w Polsce nieco ponad 400 tys. nauczycieli uczących i około 100 tys. niezajmujących się bezpośrednio dydaktyką, np. nauczycieli-bibliotekarzy. Na tych 500 tys. nauczycieli przypada 200 tys. studentów kształcących się na nauczycieli, nie wspominając o absolwentach kierunków pedagogicznych z wcześniejszych lat. Jednocześnie redukujemy w Polsce liczbę szkół, bo nie ma dość dzieci, które można by uczyć, zwiększamy pensum nauczycielom, aby obniżyć koszty utrzymywania szkół, przedłużamy wiek emerytalny nauczycieli, czyli redukujemy miejsca pracy dla nauczycieli, i kształcimy setki tysięcy młodzieży na nauczycieli. Gołym okiem widać, że nie będzie dla nich miejsca na rynku pracy, więc albo podejmą pracę niezgodną z ich wykształceniem, często poniżej ich ambicji i aspiracji zawodowych, albo zasilą szeregi klikających bezrobotnych.

Podobnie można zadać pytanie, ile statystyczny Polak jest gotów zapłacić z własnych pieniędzy na przykład za usługi psychologiczne i socjologiczne, bo to są kierunki studiów bardzo chętnie wybierane przez młodzież? Od odpowiedzi na to pytanie zależy, ilu warto kształcić psychologów i socjologów, aby mogli się utrzymać ze sprzedaży usług opartych na nabytej wiedzy psychologicznej i socjologicznej. Niestety, kształcimy ponad potrzeby gospodarki opartej na wiedzy w Polsce, która cierpi na niedoinwestowanie, czego najlepszym przykładem są mizerne nakłady na naukę i innowacyjność. Dlaczego młodzi ludzie w wolnym kraju wybierają kierunki studiów, które nijak nie gwarantują im pracy? Może dlatego, że panicznie boją się matematyki, źle i za mało nauczanej w szkołach podstawowych i średnich, więc kierunki techniczne, po których dobrej pracy nie brakuje, wydają im się nie do skończenia.

Wracając do buntu, angielskie słowo "free" ma dwa znaczenia - wolny i darmowy. W tym buncie w Polsce nie chodzi o wolność, której nikt nie chce ograniczać, tylko o darmowość treści w internecie. Ta darmowość jest, niestety, rozumiana jako prawo do bezkarnej kradzieży. Jeśli ktoś kradnie w realu samochód, to pozbawia właściciela zarówno funkcjonalności (nie ma czym jeździć), jak i wartości ekonomicznej (stracił majątek). Jeśli ktoś kradnie w internecie piosenkę, nielegalnie ją kopiując, to nie pozbawia jej właściciela funkcjonalności (bo pomimo skopiowania nadal ją ma), tylko wartości. Dla właściciela piosenki wartej na rynku 100 tys. zł nie ma znaczenia, czy ktoś ukradnie mu ją w jednym kawałku, czy 100 tys. razy po złotówce. Młody człowiek w kradzieży złotówki nie widzi problemu, a sędzia orzeknie "niską szkodliwość czynu". A problem jest, bo właśnie takie podejście na skalę masową do własności w internecie pociąga za sobą w konsekwencji bezrobocie dużej części młodzieży po studiach.

Bez ochrony własności intelektualnej w internecie nie powstanie gospodarka oparta na wiedzy, a bez niej nie ma po co studiować, bo po studiach nie będzie pracy. Dla wykształconych bezrobotnych i tych, którzy pracują nie w swoim wyuczonym zawodzie, poniżej swoich kwalifikacji i ambicji, internet ma coś z narkotyku - pozwala zapomnieć o tym strasznym realu. Tylko nie chodzi o to, aby zapomnieć, chodzi o to, aby go zmienić tak, aby za klikanie dostawali realne pieniądze, za które będą mogli utrzymać siebie i swoje rodziny.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Skomentuj:

Zaloguj się. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (11)

  • Gość: KaKris_45

    Oceniono 1 raz 1

    Przeczytałam kilka postów poniżej. Zaś z Panem zgadzam się jedynie w zakresie stwierdzenia - że "gdy nie wiadomo o co chodzi - to chodzi o pieniądze". Szanowny Panie Profesorze, moi przedmówcy wyłuszczyli kilka ziaren, a to że Internet to codzienność, skład życia i porozumiewania, że nie sposób to cenzurować i podglądać jeszcze bardziej - bez naruszania praw osobistych.
    A mieszanie do tego ludzi którzy nie wyżyją z klikania - to mam pytanie - osochodzi?
    Młodzi w dużej nie mają gdzie pracować, bo wszystko poszło pod młotek, prywatyzowane za grosze, by nie wadziło bardziej rozwiniętym i ekspansywnym gospodarkom nie polskim. Lub nagle stało się własnością pojedynczych osób. Proszę tego nie mieszać z ACTA. Najwięksi najpopularniejsi artyści i twórcy żyją tak jak większość z nas nigdy nie będzie. Ale jest coraz więcej beneficjentów tych praw. Całe firmy, konsorcja, ich prezesi, agenci, itp. wszyscy żyją z gwiazdy. I wszyscy chcą coraz lepiej żyć. Czy im wszystkim się wydaje, że nie ma granic konsumpcji? Że zwykli ludzie będą kupować i kupować bez opamiętania tworząc wyspy luksusu dal tych satelitów gwiazd, autorów itp. Otóż nie - każdy ma swoje jakieś granice. Mówicie o kradzieży - co za bzdury!!! Kiedyś pożyczaliśmy książki, płyty, kasety i co to też była kradzież? Nikt wtedy tego tak nie nazywał...Też płytę kupował jeden na iluś tam, a reszta korzystała , pożyczała potem - jak czasem...- przegrywała. Po prostu ACTA to grupa ludzi którzy nie chcą widzieć, że wolny internet to nie tylko piraci, to zwykli pożyczacze, którzy i tak czegoś by nie kupili - a coś innego mimo że dostępne - to i tak kupią - bo każdy ma swoje hierarchie. ALE NIE CHCEMY UTRZYMYWAĆ

    • Gość: KaKris_45

      Oceniono 1 raz 1

      @Gość: KaKris_45 .....cd. : tych co chcą sobie odgórnie załatwić procent nawet od czegoś czego nie chcę, lub od czegoś co i tak gdzieś pożyczę, bo nie ma dla mnie takiej wartości bym to kupiła. Albo jeszcze inaczej - jest mi to potrzebne tylko czasowo.
      ACTA - to biznes małej ale bardzo wpływowej i bogatej grupy ludzi, która chce nas usidlić, stłamsić, zabronić, śledzić i co tam jeszcze - i na tym zarabiać. To dulszczyzna najczystszej wody > Inni nieważni byle by mnie było dobrze. A że komuś będzie gorzej, niewygodniej itp. ? Studentowi? Pracownikowi - bo nic nie znajdzie z szukanej wiedzy, dostępnej na szkoleniach tylko nielicznym "wyróżnionym"? Blogerowi, który publikuje własne przepisy - ale inny go oskarży o kradzież i juz blokada? Firma zaskarży o kradzież firmę i juz czarny PR idzie w świat?
      Ludzie tego nikt nie opanuje - znajdzie się kliku nawiedzonych "ochroniarzy" i będziemy żyć w INTERNETOWYM GETTCIE - władza będzie należała do nielicznych....Czy tego Pan chce Panie Profesorze?
      Korporacyjna wiara " nieważne są środki, liczą się efekty - zwłaszcza sprzedażowe"

  • Gość: akaba

    Oceniono 3 razy 3

    Zastanawia mnie, czy Pan Profesor wie, w jaki sposób współcześni kandydaci na studentów wyrażają chęć stania się jego potencjalnymi podopiecznymi? ;) Czy zdaje sobie sprawę z tego, w oparciu o jakie mechanizmy przebiega dziś rekrutacja na studia? Czy choć raz - jeden jedyny raz - zastanawiał się, jak wygląda proces zapisywania się na zajęcia, kontaktów z biblioteką oraz z wykładowcami, w tym przede wszystkim - z promotorem? Czy Pan Profesor nie wpadł na to, że internet już dawno temu przestał być jakimś tam sobie "klikaniem" a stał się NIEZBĘDNYM elementem współczesnego życia, zwłaszcza ludzi trochę młodszych???
    A im człowiek młodszy, tym konieczność ciągłego pozostawania online będzie rosła. :) Ponoć już dziś gdzieniegdzie prowadzona jest internetowa rekrutacja do przedszkoli, za pomocą specjalnych formularzy. TO ZUPEŁNIE TAK, JAK NA STUDIA!
    HALO, Profesorze! Internet wszedł już i w Pańskie życie. Pan także jest online! Czy to przypadkiem Pana nie degraduje, stawiając w szeregu sfrustrowanych absolwentów psycho- i socjologii?? ;)
    Przydałaby się odrobina szacunku dla adwersarzy.

  • m_16

    Oceniono 7 razy 5

    Miałem dłuższy post ale okazała sia za długi- więc napiszę krótko....

    Tezy Profesora bzdurne

    1. Własnośc intelektualna to zbyt szeroka kategoria. Obejmuj ona np patenty i utwory literackie....Spowalnia gospodarkę opartą na wiedzy tylko naruszanie patentów ale nie nie kopiowanie utworów artstycznych...A naruszanie patentu nie polega na jego udostępnianiu -bo ogłoszenie patentu jest nie tylko dozwolone ale i nakazane...tylko przez stosowanie jego rozwiązania w przemysle bez licencji....A tego "piraci" nie czynią...Nie mają tedy nic wspólnego z naruszaniem własności intelektualnej w sposób który blokowałby powstanie społeczeństwa opartego a iedzy...
    2.Wiedza nie może być towarem bo nie bardzo można mieć do niej prawa -a w każdym razie nie do tej jej części na której mógłby zarabiać absolwent studiów danego kierunku. Wiedzę o tym co przedstawia ołtarz Wita Stwosza mają tysiące ludzi...Nawet jeśli większość z nich napisze o tym w swoich artykułach udostępnianych za opłatą to i tak znajdzie się się ktoś kto wrzuci to do sieci za darmo..Iza co go ścigać? Plagiat eseju? Przecież napisał własny choć zawiera to samo co inne....Podobnie jest w naukach technicznych ......Widać zatem że absolwenci nie mogą tak zarabiać....chyba tylko nieliczna grupa która zostaje naukowcami...Tym samym jednak piractwo nie uderza- wbrew temu co Profesor twierdzi - w interes całości społeczeństwa -co najwyżej tej nielicznej grupy..A i to nie bo własnośc intelektualna nie jest absolutnym dobrem (np patenty wygasają po pewnym czasie i rozwiązanie techniczne staje się powszechnie dostępne).. To pozwala podważać ideę ochrony odkryć naukowych...
    Wreszcie -nie mazbytu na wiedzę współczesnych absolwentów -tak humanistów jak i ścisłych -nie mamy szak przemysłu...Idąc za wskazaniem Profesora winniśmy tedy nie kształcić się w ogóle -ale wtedy skończymy tu gdzie już jesteśmy -na kiepsko płatnych posadach...Z tą różnicą że nie będziemy mieć wykształcenia ani dostępu do kultury.....Jako żywo nie opłaca nam się to :D

    • m_16

      Oceniono 5 razy 3

      @m_16
      Wreszcie rzecz ostatnia: Skoro tzw piractow nie jest odpowiedzialne za hamowanie postępu technologicznego ani nie odbiera młodzieży jej dochodów z wiedzy (przynajmniej większości)..to może utrudnia społeczeństwu zarabianie na kulturze? To zdaje się sugerowac przykład profesora z piosenką...Niestety i ten przykład dotyczy jedynie wąskiej grupy twórców...Kultura z definicji może funkcjonować ekonomicznie tylko wtedy gdy naprzeciw LICZNEJ grupy "konsumentów" (błe co za określenie!) stoi ograniczona liczba twórców-tak iż na każdego artystę przypada szereg odbiorców..Tylko tak bowiem możliwe jest zapewnienie owemu artyście godziwego bytu.....Tym samym jednak ochrona praw majątkowych twórców nijak nie pomoże wzbogacić się społeczeństwu jako całości -nie w sensie finansowym przynajmniej....

  • Gość: Wiarus333

    Oceniono 4 razy 2

    Jeżeli profesor ściągnie kawał pracy doktoranta do swego artykułu to, co najwyżej, jest to plagiat. Jeśli na odwrót - jest to złodziejstwo. Nazywanie złodziejstwem ściąganie potrzebnego przeciętnemu internaucie pliku, którego nigdzie w sensowny sposób nie jest w stanie kupić, jest niczym innym jak niszczeniem pojęć do których przywykliśmy i mieszaniem ludziom w głowie.

  • Gość: Jasiu

    Oceniono 6 razy 6

    Powinien pan pisac o tym, na czym się pan zna, panie profesorze. Tytuł naukowy nie legitymizuje bzdur.
    Napisałem to ja, czterdziestolatek pracujący nie w e-biznesie, używający Internetu jak narzędzia, jak młotka.

    • Gość: Wain

      0

      @Gość: Jasiu
      Chyba jednak dość słabo umiesz używać internet jeśli nie potrafisz sobie tego wyszukać.

  • cirth

    Oceniono 6 razy 6

    Pan profesor chyba nie za bardzo rozumie, na czym polega i czym jest dla młodych Internet. I naprawdę, nie wszystko da się przeliczyć na kasę.

    Zgadzam się tylko z jednym - faktycznie w Polsce nie powstała (jeszcze) gospodarka oparta na wiedzy i jako taka ma problem z absorpcją tabunów magistrów. Ale to szerszy problem - i struktury gospodarki, i szkolnictwa wyższego, i rozsypka średniego kształcenia technicznego po reformie gimnazjalnej. Ale też nie każdy chce i musi pracować dokładnie w wyuczonym zawodzie. Na tym też polega gospodarka oparta na wiedzy, że często kilkakrotnie w ciągu życia trzeba się nieraz całkowicie przekwalifikować i uczyć zupełnie nowych rzeczy. Podobnie większość absolwentów psychologii nie pracuje klinicznie, tylko w biznesie, często będąc właśnie tymi, którym "płacą za klikanie".

    No i niech mi, socjologowi, jaśnie pan profesor powie: co to do diaska są usługi socjologiczne?!

    • sir_fred

      Oceniono 1 raz 1

      @cirth
      Analizy i predykcje zjawisk społecznych wykonywane przez socjologa na rzecz klienta, który je zamówił. No chyba że socjolog tego nie wykonuje, choć w takim razie zastanawiam się po co jest...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX