Samsung, potentat stoczniowy i elektroniczny, wytwarza 20 proc. koreańskiego PKB. Gdy wybuchła afera, koncern szykował się do świętowania 20. rocznicy rządów prezesa Lee Kun-hee. Święto popsuł jeden z byłych dyrektorów - Kim Yong-cheol, który do 2004 r. kierował działem prawnym. Od końca października ujawniał kawałek po kawałku skandal korupcyjny teraz nazwany Samsungate. Rewelacje Kima dotyczą okresu od 1997 r.
Zarzuty brzmiały na tyle wiarygodnie, że przed tygodniem parlament postanowił przeprowadzić własne dochodzenie. Ma ono sprawdzić specjalny fundusz, z którego wypłacano łapówki politykom, dziennikarzom i prokuratorom (m.in. obecnemu prokuratorowi generalnemu). Prezes Samsunga miał też przenieść wbrew prawu swoje aktywa na konto syna oraz zafundować żonie z pieniędzy koncernu prywatną kolekcję malarstwa za 60 mln dol. Samsung odpiera zarzuty jako "całkowicie fałszywe".
Prezydent Roh Mu hiun, na którego padło podejrzenie, że w 2002 r. po wyborach dostał "kopertę" od Samsunga, wahał się, czy nie zawetować uchwały o komisji śledczej. Nie zrobił tego jednak i dochodzenie ruszy w początku 2008 r. Pierwsze wyniki zostaną ogłoszone w marcu, w przededniu wyborów parlamentarnych, które partia obecnego prezydenta prawdopodobnie przegra.
Specjalny fundusz, o którym opowiada Kim Yong-cheol to 215 mln dol. umieszczonych na kontach na nazwiska niektórych pracowników Samsunga. On sam się na to zgodził. - W firmie nikomu nie przychodziło do głowy, by odmawiać prezesowi - mówi. Do jego zadań należało wypłacanie łapówek od 5 do 20 tys. dol. politykom, prokuratorom, urzędnikom ministerstwa gospodarki i finansów, a także urzędu skarbowego. - Niektórzy prokuratorzy odwiedzali mnie, pytając dlaczego jeszcze nie dostali wypłaty - powiedział Kim telewizji MBC.
W 1996 r. prezes Lee został skazany na dwa lata w zawieszeniu w procesie ośmiu koreańskich przedsiębiorców skazanych za korumpowanie byłego prezydenta Roh Tae-woo. Zasięg śledztw Samsung ograniczał, m.in. kupując prokuraturę.
W Korei Samsung to coś więcej niż tylko jeden z czeboli. Konglomerat zatrudniający 200 tys. pracowników, przynosi 152 mld dol. rocznego zysku - pisze dziennik "Chosun Ilbo". Samsung stawia znak równości między Koreą a sobą i na krytykę odpowiada, że jeśli on ucierpi, ucierpi też gospodarka kraju. Wielu Koreańczyków podziela to zdanie i uważa Kim Yong-cheola za zdrajcę, który wzbogacił się, a teraz kąsa rękę, która go karmiła.