- Zarówno w czasie podróży samolotem jak i w kawiarni będziesz miał dostęp do wszystkich swoich dokumentów - zapowiada na blogu Janani Ravi, inżynier
Google.
Chodzi o bezpłatny pakiet Google Docs, w którego skład wchodzi edytor tekstowy, arkusz kalkulacyjny i program do tworzenia prezentacji, czyli odpowiedniki Worda, Excela i PowerPointa z pakietu
Microsoft Office. Umożliwia on też współpracę wielu osób nad tym samym dokumentem.
Dotąd mankamentem pakietu biurowego spółki było to, że użytkownik miał dostęp do tworzonych przez siebie artykułów, prezentacji czy zestawień tylko wówczas, gdy miał połączenie z siecią. Spółka już w poniedziałek wieczorem zaczęła testy nowej usługi wraz z wybraną garstką użytkowników. Oficjalnie możliwość korzystania z Google Docs bez konieczności połączenia z internetem ma ruszyć w ciągu kilku tygodni. Na początek w ten sposób będzie można edytować tylko dokumenty tekstowe, ale w kolejce jest już wersja obsługująca arkusze kalkulacyjne.
Wystarczy zainstalować specjalną wtyczkę Google Gears do przeglądarki internetowej (na razie działa z Internet Explorerem i Firefoksem). I nawet kiedy połączenia z siecią mieć nie będziemy, za pośrednictwem przeglądarki uruchomimy Google Docs.
Co z naniesionymi zmianami? Kiedy użytkownik podłączy się ponownie do sieci, zostaną one automatycznie zapisane na serwerach Google.
A to oznacza otwarcie kolejnego frontu z walce z Microsoftem, bo obsługa Google Docs nie będzie się wiele różniła od tego, jak dziś pracuje się na komputerze z pakietem Office.
Dziś to Microsoft ma kontrolę nad rynkiem dokumentów elektronicznych - większość powstaje w jego pakiecie biurowym Office (m.in. w edytorze Word czy arkuszu kalkulacyjnym Excel). Szacuje się, że na całym świecie z oprogramowania Microsoftu korzysta ponad pół miliarda klientów, a sam rynek wart jest przynajmniej kilkanaście miliardów dolarów.
Ale po ten tort ustawiają się kolejki chętnych - w tym Google. E-gigant, choć zarabia krocie na swojej wyszukiwarce, wciąż eksperymentuje z nowymi usługami, często wchodząc w paradę innym koncernom. Jednym z przykładów jest właśnie Google Docs.
Choć pod względem dostępnych funkcji Google Docs to ubogi krewniak Microsoftu, to na korzyść Google przemawia to, że jest całkiem spore grono konsumentów, którzy nie tworzą szczególnie skomplikowanych dokumentów czy wyszukanych prezentacji.
- Rynek aplikacji biurowych przez wiele lat był martwy. I nudny. Jedyne, na co zwracali uwagę użytkownicy, to było to, co się zmieni w nowej wersji Microsoft Office. A teraz? Konkurencja się ożywiła (...), a wiele funkcji dotąd zastrzeżonych dla tradycyjnych edytorów tekstowych przenosi się do sieci - mówił niedawno "Gazecie" Robert Sutor, jeden z wiceprezesów IBM. Jego zdaniem, ale też i rynkowych ekspertów, w ciągu kilku lat w znaczący sposób zmieni się sposób korzystania z tego typu programów. Katalizatorem zmian, które wymuszą na producentach oprogramowania opracowanie strategii biznesowych na nowo, ma być młodzież, która dziś komunikują się głównie za pomocą internetowych narzędzi - blogów, serwisów społecznościowych czy wirtualnych światów.