Biznes Ludzie Pieniądze

W sieci się opłaca

Tomasz Grynkiewicz
05.06.2008 , aktualizacja: 04.06.2008 00:00
A A A Drukuj
Za zakupy w internecie możesz zapłacić na bardzo wiele sposobów. Sprawdź, jak robić to bezpiecznie i najwygodniej
E-sklepy mają coraz więcej klientów
Fot. AG
E-sklepy mają coraz więcej klientów
Internet powoli staje się niemal równorzędnym partnerem tradycyjnego handlu - nie ruszając się sprzed komputera, możemy zamówić praktycznie wszystko: od czajnika po lodówkę, książki, lekarstwa, bilety lotnicze czy samochód. Długą wizytę w supermarkecie możemy zamienić na kilka kliknięć. A oferta zagranicznych e-sklepów stoi otworem.

Gorzej bywa, gdy przychodzi do płatności - internauci boją się oszustów, wyłudzaczy, hakerów. Ale to zazwyczaj strach na wyrost. Po pierwsze - kupując w internecie klienci zazwyczaj mają do wyboru wiele różnych możliwości zapłacenia za towar lub usługę i mogą dobrać sposób najbardziej komfortowy dla siebie. Po drugie - stosując się do kilku podstawowych zasad bezpieczeństwa możemy ryzyko zmniejszyć do minimum i być pewni, że naszym pieniądzom nic się nie stanie.

Gotówka dla listonosza

Choć nie jest to najwygodniejszy sposób, nadal ponad połowa osób kupujących w sieci płaci gotówką za pobraniem - zamawiamy towar, wybieramy odpowiednią opcję i podajemy adres, pod który ma dotrzeć paczka. A płacimy dopiero wtedy, gdy listonosz zapuka do nas z przesyłką.

Ten sposób ma plusy psychologiczne - daje największe poczucie bezpieczeństwa. Wady? Jeśli listonosz nikogo nie zastanie, w skrzynce zostawi awizo (klienci coraz częściej narzekają, że listonosze awiza wrzucają "z urzędu", nie sprawdzając, czy ktoś jest w domu) i potem trzeba odstać swoje na poczcie. W dodatku poza samą przesyłką z portfela trzeba odliczyć prowizję dla poczty, kilka czy kilkanaście złotych - dlatego niektóre sklepy policzą więcej za przesyłkę, jeśli klient korzysta z płatności za pobraniem.

W dodatku niektórzy e-sprzedawcy albo rezygnują zupełnie z udostępnienia klientom tej możliwości jako anachronicznej, albo wprowadzają ograniczenia - np. w sklepie gram.pl z płatności przy odbiorze nie można skorzystać, jeśli klient zamówi produkty za więcej niż 500 zł, w sklepie Cigarro.pl - nie więcej niż 300 zł. Dorzućmy do tego ewentualny strajk na poczcie i okaże się, że lepiej za e-zakupy zapłacić od ręki. A tu jest w czym wybierać.



Gra w karty

W internecie, tak samo jak w tradycyjnym sklepie, można zapłacić kartą. Do niedawna klienci podchodzili do kart w sieci jeszcze dość nieufnie, ale statystyki pokazują, że z roku na rok rośnie ich popularność. Wg opublikowanego niedawno raportu portalu Money.pl i spółki eCard, w 2007 r. przy użyciu kart płatniczych dokonano prawie dwóch milionów e-transakcji za blisko pół mld zł - co oznacza, że i liczba, i wartość transakcji wzrosła w porównaniu z 2006 r. o ok. 160 proc.

Sprzyja temu też polityka banków, które coraz śmielej grają kartami w sieci - do niedawna klient, który chciał rachunek w e-sklepie uregulować za pomocą karty, mógł liczyć praktycznie jedynie na karty kredytowe. I to w dodatku nie wszystkie, a tylko tzw. wypukłe (numer, data ważności oraz imię i nazwisko posiadacza są na nich wytłoczone).

Z kredytówkami jest jednak kilka kłopotów - choćby taki, że choć banki znacznie złagodziły ograniczenia dotyczące wydawania kart kredytowych, nadal nie są one dostępnego dla każdego. Po drugie, aby za kartę nie płacić, trzeba nią wydać w ciągu roku (lub wypłacić z bankomatów) określoną sumę pieniędzy. Po trzecie: nie każdy, kogo stać na kredytówkę, zdecyduje się na nią z obawy, by nie wpaść w zadłużenie, za które trzeba potem słono płacić.

Regulować płatności online można jednak także z pomocą tzw. kart wirtualnych, służących wyłącznie do płacenia w sieci. Nie mają one ani paska magnetycznego ani mikroprocesora, nie można nimi płacić w zwykłym terminalu, ani wypłacić gotówki z bankomatu. Za to - w przeciwieństwie do kredytówek - nie ma najmniejszych problemów z uzyskaniem kart wirtualnych i nie wiszą nad nami odsetki. Dla kart tworzone są specjalne subkonta podpięte do rachunku - przed każdą transakcją trzeba takie subkonto doładować, czyli przerzucić na nie pieniądze z głównego konta. Klient może sam ustalić limit wydatków (nie mogą być wyższe niż konta głównego, a np. w mBanku górna granica to 10 tys. zł), sam też decyduje, jaką kwotę przerzucić do subkonta. Ale za zmianę wysokości limitu trzeba zapłacić - w mBanku to telefon na mLinię i 2 zł opłaty.

Minusem jest to, że ma je w ofercie tylko kilka banków. I trzeba płacić - np. Multibank (netk@rta) za wydanie pobiera 25 zł (do końca września w ramach promocji jest za darmo). Podobnie jest w mBanku (eKarta). Nie wszędzie też wirtualne karty honorują - np. w niemieckim Amazonie (Amazon.de) książkę kupisz bez problemu, ale tę samą książkę we francuskim Amazon.fr - już nie (listę sklepów akceptujących (lub nie) takie transakcje znajdziesz na stronie banku). Może dlatego, choć na polskim rynku wirtualne karty istnieją od ośmiu lat, nie zdobyły zbyt szerokiego grona fanów. Jak wynika z danych NBP, na koniec 2007 r. liczba kart w obiegu sięgnęła prawie 26,5 mln sztuk, z czego kart wirtualnych było... ledwie 50 tys., czyli 0,19 proc. ogółu.

I niewykluczone, że na tym poziomie ich rozwój się zatrzyma - coraz więcej banków umożliwia bowiem płacenie w internecie zwykłą debetówką (na razie dotyczy to kart Visa). Wystarczy, że zadzwonisz na infolinię i odblokujesz limit wydatków (domyślnie jest ustawiony na 0 zł) tak jest już m.in. w BZ WBK, Inteligo czy mBanku. W tym tygodniu usługę uruchomił też Multibank.

Procedura w przypadku płacenia w sieci kartą kredytową, wirtualną czy płaską debetową wygląda tak: wybieramy opcję płatność kartą i na stronie podajemy jej numer, datę ważności, wydawcę karty i kod CVV2 (to ostatnie trzy cyfry na odwrocie karty - znajdują się na pasku, na którym złożyliśmy podpis) oraz nazwisko właściciela karty.

Czy podawanie tych danych w sieci jest bezpieczne? Najlepiej, jeśli sklep przyjmuje płatności za pośrednictwem tzw. centrum autoryzacyjnego (główni gracze to eCard i PolCard). Wówczas danych o karcie sklep nie widzi, klient podaje je jedynie na witrynie centrum autoryzacyjnego (połączenie powinno być szyfrowane - jest tak, jeśli w przeglądarce pojawi się ikonka kłódki - patrz ramka obok). Centrum sprawdza, czy klient jest "wypłacalny" i przekazuje tę wiadomość sklepowi.

Kłopot w tym, że jeśli złodziej ukradnie nam kartę (lub pozna jej dane, choćby w zwykłym sklepie), będzie miał swobodny dostęp do naszych pieniędzy i - w zależności od ustalonych limitów - może nam nieco sczyścić z konta. Praktyka pokazuje, że wcale nie tak łatwo potem odzyskać te pieniądze od banku.

Rozwiązaniem może być dodatkowe zabezpieczenie 3D Secure - posiadacz karty płatniczej może ustalić stałe hasło, które będzie używane do autoryzacji płatności w sklepach internetowych. Banki na razie jednak nie kwapią się do wprowadzania dodatkowego zabezpieczenia - 3D Secure od września ub. r. działa tylko w BZ WBK (dla kart Visa).

Nam się przelewa

Kto kart w sieci używać nie lubi może pozostać przy przelewach - jeśli masz konto internetowe w banku, możesz zwyczajnie przelać pieniądze na konto sprzedawcy (pamiętaj, by przy płaceniu uwzględnić też koszty wysyłki). Niektóre sklepy podają numer swego konta na stronie, wówczas w tytule lub opisie przelewu warto dodać identyfikator zamówienia, niektóre zaś - jak np. Merlin.pl - numer, pod który mamy wpłacić pieniądze, podsyłają e-mailem. Transakcję potwierdzamy - w zależności od zabezpieczeń stosowanych przez nasz banku - jednorazowym hasłem z papierowej listy, hasłem SMS-owym czy też hasłem wygenerowanym przez token.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów