Już w pierwszych godzinach starć oddziałów rosyjskich i gruzińskich pod znakiem zapytania stanął projekt transportu do Polski kaspijskiej ropy.
W piątek bomby uszkodziły rurę z Baku do gruzińskiego terminalu Supsa nad Morzem Czarnym, którą uruchomiono zaledwie dwa dni wcześniej, po paru latach przerwy i remontów. Rura do Supsy pompuje surowiec z bogatych złóż w Azerbejdżanie. Z gruzińskiego terminalu azerska ropa miała popłynąć tankowcami do Odessy, a później do Brodów, Czech i nowym odcinkiem do Polski.
Tak przynajmniej zakłada projekt omawiany od maja ubiegłego roku przez prezydentów Polski, Ukrainy, Azerbejdżanu, Gruzji i państw nadbałtyckich.
Nie budziło to entuzjazmu w Moskwie, która krzywym okiem patrzy na próby wejścia na europejski rynek energetyczny konkurentów znad Morza Kaspijskiego i z Bliskiego Wschodu. W lipcu premier Rosji Władimir Putin i nadzorujący energetykę wicepremier Igor Sieczyn krytykowali plany wykorzystania rurociągu Odessa - Brody do tłoczenia kaspijskiej ropy do Europy.
Uszkodzenie połączenia, które ma kluczowe znaczenie dla przyszłości ukraińsko-polskiej rury, nie budzi jednak na Zachodzie takich obaw jak przyszłość przecinającego Gruzję ropociągu Baku - Tbilisi - Ceyhan (BTC), który według władz Gruzji rosyjskie samoloty już usiłowały zbombardować.
To największy dziś i całkowicie niezależny od Rosji ropociąg na terenie byłego ZSRR. Został zbudowany w 2006 r. dzięki wielkiemu wysiłkowi amerykańskiej dyplomacji, która powstrzymała równie intensywne wysiłki zablokowania tej inwestycji przez Rosję. Surowiec eksportowany tą rurą stanowi aż 1 proc. dostaw ropy na światowe rynki.
Kolosalne konsekwencje wojna ma również dla przyszłości branży gazowej. Już od lat Moskwa zabiegała o przejęcie kontroli nad gruzińskimi gazociągami, proponując np. że przejmie je w zamian za gaz po ulgowej cenie. Gruzja to kluczowe na Kaukazie ogniwo w łańcuch państw, które miały zapewnić Europie niezależny od Rosji tranzyt gazu z nowych złóż nad Morzem Kaspijskim i w Azji.
Jak cierń uwiera Gazprom przecinający Gruzję nowy gazociąg z Azerbejdżanu do Turcji. Po wybudowaniu tej rury Gazprom stracił monopol na dostawy do Tbilisi. Ale prawdziwy problem dla rosyjskiego koncernu stanowią plany, aby przez Gruzję transportować na dużą skalę gaz, który podkopie monopol Gazpromu w Europie.
Wiosną Azerbejdżan ogłosił, że ma dużo więcej gazu, niż dotąd szacowano. Do Europy może on docierać dwoma drogami przez projektowany gazociąg Nabucco, który przez Turcję ma dostarczać gaz aż do Austrii i Czech, oraz przez dopiero planowany gazociąg White Stream, który przez Gruzję, a potem po dnie Morza Czarnego ma dostarczać kaspijski gaz na Ukrainę, do Rumunii, Polski i Czech.
Oba rozwiązania popiera UE, bo zmniejszają one zależność Europy od Gazpromu. Nowe gazociągi nie mają jednak szans bez Azerbejdżanu. To najbardziej dziś stabilny, prozachodni producent gazu.
Gazprom poważnie potraktował ryzyko konkurencji i zaproponował Azerom, że na pniu wykupi ich gaz, byle utrzymać monopol w Europie. Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew rozmawiał o takim kontrakcie pod koniec czerwca z prezydentem Azerbejdżanu Ilhamem Alijewem. Z Baku Miedwiediew wyjechał jednak bez gazowego kontraktu.
Wojna w Gruzji może zmiękczyć azerskich polityków. W razie zniszczenia rurociągów tranzytowych w Gruzji Azerbejdżan mógłby eksportować gaz i ropę tylko za pośrednictwem starych połączeń przez Rosję. Bez eksportu surowców kwitnące teraz Baku szybko popadłoby zaś w tarapaty gospodarcze.
Wojna w Gruzji to dla Rosji szansa na ponowne wciągnięcie Azerbejdżanu w ścisłą orbitę swoich wpływów rozluźnionych po rozpadzie ZSRR.