Dominika Pszczółkowska: Dziś akcje belgijskich banków Fortis i Dexia, które musiał wykupić rząd, gwałtownie rosną na giełdzie w Brukseli. Czy to początek końca kryzysu bankowego w Belgii i innych krajach europejskich?
Nicolas Véron, analityk brukselskiego instytutu badań gospodarczych BRUEGEL: To raczej chwila oddechu. Dla dwóch belgijskich banków i dla tutejszej gospodarki decyzja rządu to oczywiście dobra wiadomość. Zdziwiłbym się jednak, gdyby był to koniec problemów całego europejskiego sektora bankowego. W USA doszło do serii gwałtownych wydarzeń, a Europa nie jest odporna na to, co się dzieje za oceanem. Rynki są nadal bardzo nerwowe, a zaufanie do sektora bankowego bardzo spadło. Myślę, że banki, co do których rynek ma wątpliwości, czy odpowiedzialnie pożyczały, nadal będą pod presją.
We wtorek na brukselskiej giełdzie nieco spadły z kolei akcje banku KBC. Co radziłby pan klientom tych banków?
- Nie mam konkretnych rad, ewentualnie - by nie trzymać wszystkich środków w jednym banku. Po interwencji rządu belgijskie banki mogą chyba liczyć na chwilę spokoju. Trudno jednak przewidzieć, co się stanie w całej Europie. Wiele będzie zależało nie tylko od tego, co będzie się działo z bankami, lecz także jak będą reagowały na to rządy. Mogą wykupywać banki lub ewentualnie umożliwiać ich przejęcie, ale tak, by działo się to w uporządkowany sposób, bez paniki.
Czy Belgia jest z jakichś powodów w gorszej sytuacji niż inne kraje europejskie? Mały kraj, który nie jest jak Wielka Brytania szczególnie blisko związany z USA, musiał wykupić już dwa swoje banki.
- Nie sądzę, by sytuacja Belgii była w jakiś sposób szczególna. Chodziło raczej o konkretne banki - Fortis przeliczył się z siłami, kupując ABN Amro, a Dexia, która specjalizuje się w pożyczaniu władzom lokalnym, poczyniła pewne niemądre inwestycje w USA. Zawiodło zarządzanie ryzykiem w tych bankach.
Dlaczego w Europie doszło do kryzysu finansowego? Czy to tylko kwestia "zarażenia się" amerykańską chorobą, czy też europejskie banki źle się rządziły?
- Niektórzy europejscy obserwatorzy łudzili się, że to, co dzieje się w USA, może nie mieć wpływu na Europę. To jednak niemożliwe zważywszy na rozmiary turbulencji w USA w ciągu ostatnich trzech tygodni. Na tym problem się jednak nie kończy. Europejskie banki także nie zarządzały ryzykiem tak dobrze, jak powinny. Gdy to wyszło na jaw, doszło do kryzysu zaufania. Na własnej skórze odkrywamy, że system finansowy oparty jest na zaufaniu. Żaden bank nie ma bowiem wystarczająco dużo pieniędzy, by wypłacić je wszystkim oszczędzającym, jeśli zgłoszą się jednocześnie. Chodzi o zaufanie do poszczególnych graczy i do gospodarki w ogóle.
To, co się teraz dzieje, nie miało precedensu w ciągu całego życia obecnych pokoleń, więc tym trudniej przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń.
Co w takiej sytuacji, oprócz kupowania padających banków, mogą zrobić rządy?
- To, co wydarzyło się przy okazji kłopotów banku Fortis, to dobry sygnał. Trzy rządy: Belgii, Holandii i Luksemburga, pokazały, że są w stanie wspólnie działać. W Europie rynek bankowy nie zna granic narodowych, wiele banków działa jednocześnie w co najmniej kilku krajach, więc konieczne jest współdziałanie władz tych krajów. Państwa Beneluksu dobrze się znają, ściśle ze sobą współpracują. Nie jestem przekonany, czy wszędzie byłaby możliwa taka współpraca w sytuacji kryzysowej.
Rządy muszą przede wszystkim zdać sobie sprawę z tego, że osiągnęliśmy wysoki stopień integracji rynków bankowych. Dobrym przykładem jest Polska, gdzie wszystkie duże banki z wyjątkiem PKO BP mają zagranicznych właścicieli.
Nadzór bankowy także musi więc być ponadnarodowy. To dotyczyłoby oczywiście tylko większych banków. Na krótką metę może nic to nie zmieni, ale na średnią i dłuższą będzie kluczowe. Istnienie takiego nadzoru zapewne nie sprawiłoby, że dałoby się uniknąć takiej sytuacji jak obecna. Zwiększyłoby jednak prawdopodobieństwo, że decyzje władz będą podejmowane szybciej. Oczywiście nie będą to decyzje na poziomie europejskim, bo pieniądze nadal będą pochodzić od rządów narodowych, ale przynajmniej wszyscy mieliby tę samą jasną ocenę sytuacji.
A co może dziś zrobić Unia Europejska i Europejski Bank Centralny?
- EBC od początku kryzysu podejmował właściwe decyzje. Jego zadaniem jest dostarczanie rynkowi pieniędzy poprzez krótkoterminowe pożyczki. Od początku robił to w agresywny i skuteczny sposób. Jego odpowiedzialność na tym się kończy.
Francuski prezydent Nicolas Sarkozy chce dyskusji na poziomie europejskim i globalnym. Najważniejsze jest jednak, jak konkretne rządy reagują na pojawiające się kryzysy. Gdyby rządy Belgii i Holandii spierały się, zamiast ratować Fortis, sytuacja wyglądałaby dziś zupełnie inaczej.
Mówił pan o tym, jak bardzo powiązane są rynki krajów europejskich. Czy to oznacza, że kryzys bankowy w jednym będzie pociągał za sobą kryzys w drugim? Polski Fortis zapewniał, że jest całkowicie oddzielny od belgijskiego i że jego sytuacja finansowa jest dobra. Czy w przypadku innego banku może się zdarzyć, że mając kłopoty gdzie indziej, wyssie on pieniądze z Polski i spowoduje kryzys u nas?
- Przekonamy się dopiero, gdy któryś z banków będzie miał poważne kłopoty i zechce to zrobić. Z jednej strony banki w poszczególnych krajach są autonomiczne. Ta autonomia ma jednak granice. Mamy już pewien precedens: Lehman Brothers USA na krótko przed bankructwem 15 września wyciągnął 8 mld dol. z oddziału w Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy chcą sądzić się o te pieniądze. Więc to jest możliwe.
Fortis jest gigantyczną instytucją finansową. Jeszcze w czerwcu jego aktywa były warte trzy razy więcej niż roczny PKB Belgii. Czy może dojść do sytuacji, kiedy rządy już po prostu nie będą w stanie ratować kolejnych banków?
- Do tego jeszcze bardzo daleko. Nawet w przypadku Fortisa tylko niewielka część jego działalności przyniosła straty. Do kwot, na które mogłoby nie stać państwa, jest więc jeszcze daleko.