- Jesteśmy rozczarowani, że
Google wolało zrezygnować z porozumienia, niż bronić go w sądzie - oświadczył koncern w oficjalnym komunikacie.
A Yahoo ma czego żałować.
Raz, że umowa z Google była jednym z argumentów, po jakie sięgnęło Yahoo, przekonując inwestorów, że ma alternatywę wobec oferty Microsoftu (koncern chciał kupić Yahoo za ponad 40 mld dol.).
Dwa, że miała przynieść wymierne korzyści finansowe - reklamy Google miały się pojawiać przy wynikach wyszukiwania w Yahoo, w zamian spółka tylko w pierwszym roku zyskałaby 600-800 mln dol. Taka kwota nie tylko w czasach kryzysu jest nie do pogardzenia, zwłaszcza że Yahoo musiało mocno zacisnąć pasa i już ogłosiło zwolnienie przynajmniej 1,5 tys. pracowników.
Przeciwko ogłoszonej w czerwcu współpracy protestował m.in. Microsoft, reklamodawcy, a nawet wydawcy prasy, argumentując, że w internecie powstanie w ten sposób reklamowy monopolista. Ostatecznie plany pokrzyżował amerykański Departament Sprawiedliwości - po czterech miesiącach analiz urzędnicy poinformowali Google, że złożą pozew, aby zablokować umowę z Yahoo. I internetowy gigant złożył broń.
- Nie tylko ryzykowalibyśmy długotrwałą walkę prawną, ale też moglibyśmy popsuć sobie stosunki z partnerami. To nie byłoby w interesie ani Google, ani naszych użytkowników, więc zdecydowaliśmy, że wycofamy się ze współpracy - napisał w oficjalnym blogu David Drummond, główny radca Google.
Zdaniem analityków Yahoo będzie pod coraz większą presją, aby przyjąć ofertę Microsoftu - albo zgodzić się na przejęcie, albo na jakąś formę współpracy. Według nieoficjalnych informacji wciąż trwają negocjacje, które mogą doprowadzić do połączenia Yahoo z AOL, internetowym ramieniem koncernu Time Warner.