Kryzys. Zaczęło się
Leszek Kostrzewski; Piotr Miączyński; lez; ek
2009-01-16, ostatnia aktualizacja 2009-01-16 09:08
Można powiedzieć oficjalnie: kryzys jest już w Polsce. Bezrobocie rośnie najszybciej od czterech lat. Nie widać szans, by pracodawcy dogadali się ze związkowcami, jak chronić miejsca pracy
ZOBACZ TAKŻE
- Kryzys w Twoim mieście (16-01-09, 09:41)
- Recepty na kryzys, czyli jak się dogadać? (16-01-09, 02:53)
- "S" testuje Tuska (16-01-09, 02:47)
- Masowe zwolnienia przed nami (16-02-09, 11:43)
- Top zawody 2009, (26-01-09, 11:45)
- Kto się dorobi na kryzysie (26-01-09, 11:42)
- Banki blokują fundusze europejskie (22-01-09, 00:03)
- Idziemy po podwyżkę, a prezes mówi: Chłopy, trza ciąć (20-01-09, 09:23)
- Kraśnik w malinach (19-01-09, 00:00)
- Coś pękło w Krośnie (17-01-09, 01:00)
- Sobota prasująca (17-01-09, 00:00)
- Wojna o spread: bankowcy odpowiadają na zarzuty czytelników "Gazety" (17-01-09, 00:00)
- A jeśli nie mam pieniędzy na spłatę rat? (16-01-09, 00:00)
- Jak się wydostać z widełek walutowych? (17-01-09, 00:00)
- Kryzys uderzy w małe miejscowości (15-01-09, 19:52)
- Kryzys zabiera pracę i resztki godności (03-02-09, 17:17)
- Na kryzys wąż w kieszeni (15-01-09, 21:10)
SERWISY
Komentarz Agaty Nowakowskiej: Dajmy rządowi szansę!
Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy zwiększyła się w grudniu aż o 76 tys. osób. - wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Jak zbadali reporterzy "Gazety", w urzędach pracy od nowego roku tłumy. W częstochowskim PUP w pierwszych dniach stycznia codziennie rejestruje się 170-200 osób, kilka razy więcej niż wcześniej. Kolejki ustawiają się o 3 nad ranem, uruchomiono dodatkowe stanowiska i drugą zmianę. Podobnie jest w całej Polsce.
Maja Goettig, główna ekonomistka Banku BPH, ocenia, że na koniec 2010 r. bez pracy może być nawet 2,2 mln rodaków. O 700 tys. więcej niż obecnie.
Firmy zwalniają ludzi, bo spowolnienie gospodarki świata zaczyna i nam dawać w kość. Kryzys odczuwają kolejne branże: po lotniczej, motoryzacyjnej i budowlanej nadchodzą złe czasy dla tekstylnej i sprzętu AGD. Sama Telekomunikacja Polska SA w całym kraju zwolni 2300 osób, a bank PKO BP 1722. We Wrocławiu produkujący lodówki i pralki Whirlpool z powodu braku zamówień chce się rozstać z 400 pracownikami. Huta szkła w Krośnie zwolni 800 osób.
Bezrobocie - twierdzi ministerstwo - rośnie także dlatego, że wraca fala emigrantów. Ich liczba idzie już w tysiące.
Coraz gorsze są prognozy wzrostu gospodarki. Rząd Donalda Tuska ocenia, że w 2009 r. PKB wzrośnie o 3,7 proc., ale szacunki banków mówią wręcz o nadciągającej recesji. Lars Christensen, ekonomista Danske Bank, jest największym pesymistą - ocenia, że wzrost gospodarczy wyniesie minus 0,5 proc.
Co robić? Głowi się rząd, opozycja, pracodawcy i związki zawodowe. Jeszcze niedawno wydawało się, że związki zawodowe, chcąc uniknąć masowych zwolnień, zgodzą się na zamrożenie, a nawet obniżkę płac. Szefów związków zakrzyczał jednak teren i zmienili zdanie.
Dziś na posiedzeniu Komisji Trójstronnej plan ratunkowy dla kraju pokażą związkowcy. "Gazeta" go poznała.
Związki chcą sypnąć publicznym groszem.
Numer jeden na liście żądań to podwyżki wynagrodzeń w firmach. Zdaniem OPZZ im więcej pieniędzy mają ludzie, tym więcej wydają i napędzają gospodarkę.
Numer dwa to wzrost płacy minimalnej, która dziś wynosi 1276 zł. - Podnoszenie płacy minimalnej stymuluje popyt i wbrew oskarżeniom nie spowoduje katastrofy - mówi "Gazecie" Janusz Śniadek, przewodniczący "Solidarności".
Numer trzy to obniżenie podatku VAT, w szczególności na żywność (z 7 do 6 proc.) oraz pomoc publiczna dla firm, które obiecają, że nie będą zwalniać ludzi.
OPZZ chciałby też podnieść podatki dla najlepiej zarabiających. Związki napomykają też o przyznaniu specjalnych dodatków dla młodych małżeństw czy emerytów i rencistów.
By znaleźć na to pieniądze, związki żądają zwiększenia deficytu budżetowego.
Co na to pracodawcy i rząd?
- Chcemy w Komisji Trójstronnej rozmawiać ze związkowcami i pracodawcami o zmianach, które pozwolą uniknąć zwolnień grupowych - mówi Adam Szejnfeld, wiceminister gospodarki.
Mniej dyplomatyczni są pracodawcy. - Żądania związków rozwalą kraj. Nigdy na coś takiego się nie zgodzę - twierdzi Jeremi Mordasewicz z Lewiatana.
- Jeśli związki nie zrezygnują z roszczeń, będą odpowiedzialne za masowe zwolnienia - ostrzega Andrzej Malinowski, szef Konfederacji Pracodawców Polskich.
Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy zwiększyła się w grudniu aż o 76 tys. osób. - wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Jak zbadali reporterzy "Gazety", w urzędach pracy od nowego roku tłumy. W częstochowskim PUP w pierwszych dniach stycznia codziennie rejestruje się 170-200 osób, kilka razy więcej niż wcześniej. Kolejki ustawiają się o 3 nad ranem, uruchomiono dodatkowe stanowiska i drugą zmianę. Podobnie jest w całej Polsce.
Maja Goettig, główna ekonomistka Banku BPH, ocenia, że na koniec 2010 r. bez pracy może być nawet 2,2 mln rodaków. O 700 tys. więcej niż obecnie.
Firmy zwalniają ludzi, bo spowolnienie gospodarki świata zaczyna i nam dawać w kość. Kryzys odczuwają kolejne branże: po lotniczej, motoryzacyjnej i budowlanej nadchodzą złe czasy dla tekstylnej i sprzętu AGD. Sama Telekomunikacja Polska SA w całym kraju zwolni 2300 osób, a bank PKO BP 1722. We Wrocławiu produkujący lodówki i pralki Whirlpool z powodu braku zamówień chce się rozstać z 400 pracownikami. Huta szkła w Krośnie zwolni 800 osób.
Bezrobocie - twierdzi ministerstwo - rośnie także dlatego, że wraca fala emigrantów. Ich liczba idzie już w tysiące.
Coraz gorsze są prognozy wzrostu gospodarki. Rząd Donalda Tuska ocenia, że w 2009 r. PKB wzrośnie o 3,7 proc., ale szacunki banków mówią wręcz o nadciągającej recesji. Lars Christensen, ekonomista Danske Bank, jest największym pesymistą - ocenia, że wzrost gospodarczy wyniesie minus 0,5 proc.
W grudniu 2008 r. straciło pracę 76 tysięcy osób. A wkrótce firmy zwolnią grupowo 21 tysięcy osób
Co robić? Głowi się rząd, opozycja, pracodawcy i związki zawodowe. Jeszcze niedawno wydawało się, że związki zawodowe, chcąc uniknąć masowych zwolnień, zgodzą się na zamrożenie, a nawet obniżkę płac. Szefów związków zakrzyczał jednak teren i zmienili zdanie.
Dziś na posiedzeniu Komisji Trójstronnej plan ratunkowy dla kraju pokażą związkowcy. "Gazeta" go poznała.
Związki chcą sypnąć publicznym groszem.
Numer jeden na liście żądań to podwyżki wynagrodzeń w firmach. Zdaniem OPZZ im więcej pieniędzy mają ludzie, tym więcej wydają i napędzają gospodarkę.
Numer dwa to wzrost płacy minimalnej, która dziś wynosi 1276 zł. - Podnoszenie płacy minimalnej stymuluje popyt i wbrew oskarżeniom nie spowoduje katastrofy - mówi "Gazecie" Janusz Śniadek, przewodniczący "Solidarności".
Numer trzy to obniżenie podatku VAT, w szczególności na żywność (z 7 do 6 proc.) oraz pomoc publiczna dla firm, które obiecają, że nie będą zwalniać ludzi.
OPZZ chciałby też podnieść podatki dla najlepiej zarabiających. Związki napomykają też o przyznaniu specjalnych dodatków dla młodych małżeństw czy emerytów i rencistów.
By znaleźć na to pieniądze, związki żądają zwiększenia deficytu budżetowego.
Co na to pracodawcy i rząd?
- Chcemy w Komisji Trójstronnej rozmawiać ze związkowcami i pracodawcami o zmianach, które pozwolą uniknąć zwolnień grupowych - mówi Adam Szejnfeld, wiceminister gospodarki.
Mniej dyplomatyczni są pracodawcy. - Żądania związków rozwalą kraj. Nigdy na coś takiego się nie zgodzę - twierdzi Jeremi Mordasewicz z Lewiatana.
- Jeśli związki nie zrezygnują z roszczeń, będą odpowiedzialne za masowe zwolnienia - ostrzega Andrzej Malinowski, szef Konfederacji Pracodawców Polskich.
Źródło: Gazeta Wyborcza
1
2
następne »
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
0
0 głosów
Przeczytaj 40 komentarzy na Forum
Pobierz aplikację Wyborcza.biz na:

















