Jeśli Yahoo nie podporządkuje się wyrokowi sądu będzie musiał zapłacić po 10 tys. euro za każdy dzień zwłoki. Ścigając przestępców internetowych, używających pseudonimów w adresach e-mailowych założonych na amerykańskim portalu, belgijski prokurator zwrócił się do Yahoo z prośbą udostępnienie danych pozwalających zidentyfikować poszukiwanych. Portal odmówił tłumacząc, że działa w USA, zatem prośba o udostępnienie danych musi wpłynąć do niego od władz amerykańskich.
- Absolutnie nie zgadzamy się z decyzją sadu - oświadczył rzecznik Yahoo. - Stany Zjednoczone i Belgia mają formalne porozumienie o współpracy, którego prokurator musiał przestrzegać, żeby we właściwy sposób uzyskać dane od amerykańskiej spółki.
Prawnicy Yahoo budują swoją linie obrony na Traktacie o Wzajemnej Pomocy Prawnej, którego sygnatariuszami są USA i Belgia. Belgijski prokurator odpiera ten argument twierdząc, że Yahoo podpada również pod prawo belgijskie, skoro jej usługi są dostępne na terenie Belgii. I podkreśla, że nigdy nie miał takich problemów z innymi gigantami internetowymi z USA - Googlem oraz Microsoftem.
Yahoo chce natychmiast złożyć odwołanie, w którym będzie dowodził, że jurysdykcja sądu w Termonde na północy Belgii nie obejmuje amerykańskich działów koncernu Yahoo, zarejestrowanego w Kalifornii. "Yahoo nie odmawia informacji rządowi Belgii (...). Mamy podstawy prawne i proceduralne do nieujawniania informacji. Zainteresowaliśmy tą sprawą rząd USA" - poinformowała spółka.
W 2007 r. amerykański Kongres ostro skrytykował Yahoo za udostępnienie chińskim władzom danych dwóch internautów, którzy umieszczali w sieci informacje niewygodne dla władz. Doprowadziło to do ich uwięzienia.
- Jesteście technologicznymi i finansowymi gigantami, ale moralnymi karłami - mówił kongresmen Tom Lantos o szefach Yahoo!
Portal zawarł ugodę w procesie wytoczonym w amerykańskim sądzie przez chińskich dysydentów oraz ich rodziny.