O akwizytorach rozmawiano na zamkniętym spotkaniu w Izbie Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych dwa tygodnie temu. Z informacji "Gazety" wynika, że towarzystwa doszły do wniosku, że patologii akwizycyjnych dłużej pod dywan zamiatać się nie da. Nie oznacza to wcale, że postanowiły je ukrócić. Towarzystwa jak jeden mąż opowiedziały się przeciwko radykalnym rozwiązaniom. "Jesteśmy przeciwni zmianom" - takie sformułowanie pada najczęściej w stanowiskach poszczególnych towarzystw.
Do otwartych funduszy emerytalnych należy już prawie 14 mln Polaków. Z roku na rok coraz częściej zmieniają fundusz. W rekordowym 2008 r. zdecydowało się na to przeszło 450 tys. osób. "Gazeta" wielokrotnie pisała o tym, jak akwizytorzy
OFE nabijają przyszłych emerytów w butelkę. Z naszych szacunków wynika, że za ich namową co druga osoba zmieniająca fundusz w ostatnich dwóch latach trafiła do gorszego OFE. Stawką jest wysoka prowizja dla akwizytorów - nawet 700 zł za głowę. Do tego dochodzi jeszcze procent od wysokości środków, jakie klient zgromadził na koncie. Tym sposobem do kieszeni akwizytora może wpaść dodatkowy tysiąc złotych. A wszystko to z pieniędzy przyszłych emerytów. W sumie w ubiegłym roku towarzystwa wydały na akwizycję rekordowe 374 mln zł. W tym samym czasie robiły, co mogły, żeby tylko nie obniżyć opłat pobieranych od swoich klientów (jednak w zeszłym tygodniu rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy, która od przyszłego roku miałaby obniżyć składkę z obecnych 7 do 3,5 proc.).
- Wiemy, że [z wydatkami na akwizycję] coś trzeba zrobić, ale nie wszyscy są gotowi na radykalne cięcia, dlatego skończy się na jakichś ogólnikach, które będzie można przedstawić na zewnątrz - mówi nasz rozmówca, który zna treść obrad.
Potwierdzają to inni uczestnicy spotkania. - Towarzystwa emerytalne, najczęściej te związane z firmami ubezpieczeń na życie, bronią się przed likwidacją akwizycji do OFE - mówi prezes jednego z towarzystw. Powód? - Polisy na życie nie idą już jak świeże bułeczki, a ich agenci muszą z czegoś żyć - odpowiada.
Co proponują w zamian? Najczęściej przyjęcie zasad samoregulacji, które miałyby utrzymać obecny system i pozwolić finansować sieci sprzedaży. - A jednocześnie pokazać politykom i mediom, że coś robią - tłumaczy nasz rozmówca.
Na czym miałaby polegać "samoregulacja"? - Taką próbę podjęto już pięć lat temu, bezskutecznie - mówi prezes jednego z towarzystw. Najwięksi gracze zdecydowali, że nie będą sobie wzajemnie podkradać klientów. Pakt nie wytrzymał nawet roku. Złamał go ING, który zaczął walczyć o pierwsze miejsce na rynku pod względem liczby członków.
Teraz to ING wzywa do opanowania. "Problemem kosztowym w najbliższym czasie stanie się akwizycja na rynku wtórnym [czyli wzajemne podkradnie sobie klientów]" - czytamy w stanowisku Grzegorza Chłopka, wiceprezesa ING. Nie przedstawił jednak żadnych konkretnych rozwiązań.
- Skończyło się niczym, bo okoniem stanęły inne towarzystwa, m.in. AXA i Commercial Union - mówi jeden z uczestników spotkania w Izbie. Jego zdaniem ING nie chodzi wcale o ukrócenie patologii, ale o ograniczenie wydatków na akwizycję, bo musi ciąć koszta. - Wystarczy popatrzeć na ostatni miesiąc, kiedy ING wydał olbrzymie kwoty na akwizycję, ale zaczął też tracić wielu klientów. Zakaz byłby im teraz na rękę, bo muszą bronić tego, co zdobyli dużym kosztem przez ostatnie lata - tłumaczy. - Bez komentarza - odpowiada Beata Zduńczyk-Skup, rzeczniczka ING PTE.
CU zapewnia, że ma własne pomysły na rozwiązanie problemu. Proponuje, aby nadzór finansowy ścigał patologie, np. analizując przypadki klientów bardzo często zmieniających fundusze. - Po identyfikacji takich przypadków można zbadać, jaki był powód tak częstych transferów i czy nie doszło do wprowadzania klienta w błąd - tłumaczy dr Michał Szamański, prezes CU PTE. Jego zdaniem warto też rozważyć podniesienie opłat za szybką zmianę funduszu i zmniejszenie liczby sesji transferowych z obecnych czterech do jednej w ciągu roku. Dzisiaj, jeśli na zmianę OFE zdecydujemy się w pierwszym roku członkostwa, musimy zapłacić 160 zł kary. W drugim o połowę mniej - 80 zł. Po dwóch latach zmiana jest bezpłatna, co wykorzystują akwizytorzy, przenosząc klientów co dwa lata z funduszu do funduszu, inkasując przy tym prowizję.
- Jeżeli w praktyce okaże się, że te propozycje nie eliminują patologii, wtedy warto rozważyć wprowadzenie bardziej radykalnych działań administracyjnych, w tym ograniczenia możliwości pozyskiwania klientów z innych funduszy - dodaje. Do tego konieczna byłaby jednak zmiana ustawy o OFE.
- Sami nie wypracujemy porozumienia, bo za złamanie układu nagroda jest zbyt duża, nawet kilkanaście tysięcy nowych klientów. Poza tym interesy towarzystw są zbyt rozbieżne - tłumaczy dyrektor sprzedaży jednego z towarzystw. Problem akwizytorów chciała rozwiązać Komisja Nadzoru Finansowego. Zaproponowała, żeby każda osoba samodzielnie (przez internet, telefon lub listownie) decydowała o zmianie OFE, a nie - jak dzisiaj - za namową akwizytora. Jednak Ministerstwo Pracy nie zgodziło się na te propozycje. - Obniżka opłat pobieranych od klientów zmusi towarzystwa do cięcia kosztów i nie będą mogły już tyle wydawać na akwizytorów - przekonywało.
- Myślenie, że jak zabraknie pieniędzy, to będziemy mniej wydawać na akwizytorów, jest magiczne - mówi "Gazecie" dyrektor sprzedaży jednego z towarzystw. - Właściciel żąda wyników i zysków, więc przy obciętych opłatach za składkę wcale nie będę szukał oszczędności na akwizycji, tylko na obsłudze klienta i analizach inwestycyjnych - przyznaje otwarcie.