Witold Gadomski: Do niedawna fundamenty światowego systemu bankowego wydawały się bardzo mocne. Przepisy w większości krajów określały, jak banki mają się zachowywać, by nie wpaść w kłopoty. Co poszło nie tak? Dlaczego po latach sukcesów banki znalazły się na krawędzi bankructwa? Prof. Charles Goodhart: W dużej mierze dlatego, że przez ostatnie lata sytuacja na świecie była bardzo dobra i wszystkim wydawało się, że ryzyko jest ograniczone. Lata 1992-2006 to
złoty wiek działalności banków. Produkcja rosła bardzo stabilnie, utrzymywała się niska inflacja i niskie stopy procentowe, a bezrobocie spadało. Ludzie przestali wierzyć w cykle koniunkturalne. Uważali, że gospodarkę zawsze będzie można nawrócić na właściwe tory za pomocą zmian stóp procentowych. A skoro gospodarka rośnie, to racjonalnym zachowaniem jest zwiększanie dźwigni finansowej, czyli długu, który pozwalał firmom i bankom rozwijać się. Duża część długów zabezpieczona była nieruchomościami. Zakładano, że ich ceny będą stale rosły i dlatego zwiększające się zadłużenie nie budziło niepokoju. Kiedy sytuacja na rynku nieruchomości radykalnie się zmieniła, okazało się, że dźwignia finansowa jest zbyt duża. W dodatku wszyscy są w podobnej sytuacji i wszyscy wiedzą, że inni - banki, fundusze, firmy - mają podobne kłopoty. Dlatego wszyscy przestali sobie ufać i oczekują dalszego pogorszenia sytuacji.
Wcześniej prognozy były zbyt optymistyczne, więc zadłużano się nadmiernie, a teraz zbyt pesymistyczne, więc nikt nie chce udzielać kredytów? - Tak to wygląda. W ostatnich latach inwestorzy nie docenili ryzyka. Wynikało to w dużej mierze z niskich stóp procentowych, które zostały obniżone w 2001 r. po pęknięciu bańki internetowej. W dodatku na świecie pojawił się nadmiar oszczędności, co jeszcze bardziej obniżało cenę kapitału. To pozwalało brać tanie kredyty w dużej mierze przeznaczane na nieruchomości. Ich ceny rosły, budząc nadmierny optymizm. Teraz rynek zareagował przesadnie w drugą stronę. W normalnych warunkach prawdopodobieństwo niewypłacalności dobrze skalkulowanych kredytów hipotecznych jest niezwykle niskie - mniejsze niż 0,003 proc. rocznie. Jednakże teraz, gdy ceny domów spadły i w dalszym ciągu spadają, prawdopodobieństwo niewypłacalności kredytów zabezpieczonych hipotekami wzrosło w sposób nieliniowy.
Kto ponosi za tę sytuację odpowiedzialność? - Po trosze wszyscy.
To znaczy nikt? - Nie, można wskazać błędy, jakie popełniły rozmaite podmioty gospodarcze. Weźmy np. rynek subprime, czyli ryzykownych kredytów hipotecznych. Pożyczkobiorcy ryzykowali i byli tego świadomi, podobnie jak pożyczkodawcy. Rynek kredytów subprime, który rozkwitł w latach 1999-2005, uważano za sukces. Umożliwiał on zakup mieszkań rodzinom niemającym odpowiednich dochodów, by otrzymać kredyt. Wszyscy zachwycali się tym fenomenem, lekceważąc ryzyko. Kontrolowane przez państwo fundusze Fannie Mae i Freddie Mac, wspomagające rynek kredytów hipotecznych, były naciskane przez polityków, by rozszerzyły kryteria udzielania gwarancji kredytowych. To m.in. dlatego ryzyko na rynku kredytowym wzrosło do niebezpiecznego poziomu. Ale pamiętajmy też, że na trwającej 15 lat koniunkturze zyskiwali wszyscy. Wielu ludzi kupiło
domy, banki zarabiały duże pieniądze, politycy cieszyli się popularnością, gdyż pokazywali, że dbają o zwykłych ludzi, a emeryci mieli wysokie emerytury, bo fundusze dobrze zarabiały.
Dlaczego w ogóle banki pożyczały pieniądze osobom bez odpowiedniej zdolności kredytowej? - W normalnych warunkach prawdopodobieństwo niespłacania kredytów subprime wynosiło 5-7 proc. w ciągu pięciu pierwszych lat od jego otrzymania. Ale innowacje na rynkach kapitałowych pozwoliły zmniejszyć ryzyko nawet kredytów źle zabezpieczonych. Były one zamieniane na obligacje, grupowano je w transze od bardziej do mniej ryzykownych i sprzedawane bankom i funduszom. Ktoś wolał papiery obarczone wyższym ryzykiem, ale bardziej zyskowne, ktoś inny kupował tylko te, które wyglądały na bezpieczne. W dużej masie ryzyko się uśredniało. Trzeba pamiętać, że ostatecznym zabezpieczeniem tego skomplikowanego gmachu finansowego były nieruchomości, których cena nieustannie rosła. Wydawało się, że w każdej chwili banki mogą odzyskać dług, przejmując kupioną na kredyt nieruchomość.
A co z odpowiedzialnością banków centralnych? - Banki centralne wyrażały zaniepokojenie, ale nie podejmowały zawczasu działań, by opanować tę sytuację. Częściowo dlatego, że nie miały odpowiednich narzędzi. Panowało zresztą przekonanie, że amerykańska Rezerwa Federalna potrafi gładko zapobiec narastaniu kryzysu finansowego. Wielokrotnie udowodniła swoją sprawność: po czarnym poniedziałku w październiku 1987 r., w czasie kryzysu na rynku nieruchomości w 1992 r., kryzysu azjatyckiego 1997-98, po pęknięciu bańki internetowej. Za każdym razem interwencje Fed były skuteczne. I zapewne wiara w skuteczność banków centralnych była zbyt wysoka, podobnie jak przekonanie, że Fed zawsze będzie w stanie pomóc dużym bankom, jeśli znajdą się w sytuacji podbramkowej.
Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego przygotował dwie umowy kapitałowe, zwane popularnie Bazylea I i Bazylea II, które nakładały na banki surowe restrykcje dotyczące wielkości kapitału i udzielanych kredytów. Tymczasem okazało się, że wiele banków udzielało kredytów wielokrotnie większych niż powinny. Jak to było możliwe? - To nie jest takie proste. Umowa kapitałowa określa współczynniki, przez jakie mnoży się poszczególne elementy aktywów. Jeśli bank udziela kredytu bardziej ryzykownego, musi zabezpieczać go większym kapitałem. Jeśli aktywa uznane są za bezpieczne, kapitał banku może być mniejszy. Dopóki sytuacja na rynku była dobra, agencje ratingowe dawały bankowym aktywom wysokie noty, także papierom dłużnym zabezpieczonym kredytami hipotecznymi. Przed kryzysem banki spełniały więc wymogi Bazylei II. Kłopot zaczął się, gdy rynek zaczął gorzej wyceniać aktywa banków. To z kolei odbiło się na ich notowaniach giełdowych.
Największe straty ponosiły specjalne spółki kapitałowe zakładane przez banki. Dlaczego ich finanse przez długi czas nie były pokazywane w sprawozdaniach banków? - Wehikuły inwestycyjne, takie jak conduits i SIV (structured investments vehicules), były zakładane przez banki właśnie po to, by uniknąć ograniczeń nakładanych przez Bazyleę I. Gdyby bezpośrednio angażowały się w zakup aktywów powiązanych z kredytami hipotecznymi, musiałyby albo zwiększyć kapitał własny, albo ograniczyć akcję kredytową. Dopóki rynek rósł, wehikuły inwestycyjne wydawały się dobrym pomysłem. Gdy pojawiły się pogłoski, że kredyty hipoteczne dotychczas uważane za mniej ryzykowne mogą być zagrożone, fundusze odmówiły dalszego finansowania. Banki potrzebowały pieniędzy na finansowanie swoich spółek inwestycyjnych, więc zaczęły pożyczać od innych banków i rynek szybko został osuszony z pieniędzy.
Pojawiają się głosy, że działanie takich podmiotów powinno być zakazane. - To zbyt radykalne podejście. Trzeba je natomiast poddać regulacjom.
A jaka była odpowiedzialność menedżerów wielkich banków za kryzys? Panuje opinia, że ich wynagrodzenia oraz premie są nieproporcjonalnie wysokie w porównaniu z wynikami banków. I że nagroda za sukces jest o wiele większa niż kara za porażkę. Zgadza się pan z tym? - Tak, ale trudniejszą sprawą jest, jak temu zaradzić. W czasie boomu każdy dobrze zarabiał, gdyż ceny aktywów rosły. Potem okazało się, że doskonałe wyniki wiązały się jednocześnie z działaniami nadmiernie ryzykownymi. Ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero po latach sukcesów. Powszechnie postuluje się, by powiązać wynagrodzenia i bonusy wyższej kadry menedżerskiej banków i w ogóle spółek z osiąganiem celów długofalowych. To wydaje się logiczne, ale jak już wspomniałem, "wiek złoty" bankowości trwał aż 15 lat, więc menedżerowie mieli dość czasu, by udowodnić, że są dobrymi fachowcami, którzy słusznie są wysoko wynagradzani. Dopiero teraz widzimy, że cena, jaką płaciły banki za ekspansję, była nadmierna.