Kto by się spodziewał, że na początku XXI wieku europejskie rządy będą rozwiązywać problem godny średniowiecznej scholastyki?! Ruszając na pomoc gospodarce, usiłują wytyczyć granicę pomiędzy akcją systemową, ujętą w pewne zasady, a chaotyczną interwencją, na lewo i prawo. Jak wytyczyć linię dzielącą pakiety ratunkowe, podtrzymujące przy życiu instytucje gospodarki rynkowej, zapobiegające masowej delegitymizacji tego systemu, od siłowej przepychanki rozmaitych branżowych lobbies, które zwietrzyły szansę na publiczne pieniądze? Problem może kiedyś dotyczyć Polski (odpukać). Warto więc obserwować, jak rozwiązują antykryzysową łamigłówkę inne kraje.
Najlepszym polem obserwacji są
Niemcy, z uwagi na nawyk systematyzowania swych działań, który jest przeciwieństwem anglosaskiego pragmatyzmu. Za Odrą trwa przywiązanie do źródłowych zasad "społecznej gospodarki rynkowej", szanowanej do dziś jako wynalazek własny i przesłanka powojennego cudu gospodarczego. Eksponowana natura tego systemu tworzonego wedle wskazań niemieckich ordoliberałów polegała na "zorganizowanej konkurencji" i wolności ujętej w system reguł upowszechniających własność oraz owoce gospodarki rynkowej. Echo "soziale Marktwirtschaft" pobrzmiewa wyraźnie w dzisiejszej debacie, a cytaty z Ludwiga Erharda są szczególnie zobowiązujące dla polityków CDU-CSU.
Problem pojawił się wtedy, gdy o pomoc państwa zwróciły się firmy spoza sektora finansowego. W Niemczech dość wcześnie, bo już w połowie listopada 2008 r., kiedy kłopoty ujawnił Opel. Wtedy jednak sytuacja wydawała się jasna. Po systemowej stronie usprawiedliwiającej interwencję był Hypo Real Estate, po drugiej - wątpliwej - Opel. Panowała co do tego zgoda w całej Europie. Systemowe jest wszystko, co podtrzymuje masowe zaufanie do banków i ubezpieczeń, tym samym eliminuje ryzyko załamania się systemu finansowego i efekt domina - czyli zarażenie realnej gospodarki.
Zadeklarowano w tym celu, także poza
USA, ogromne kwoty (Niemcy do 500 mld euro,
Francja - 360 mld, Holandia i
Portugalia - 20 mld,
Hiszpania - do 50 mld). W marcu 2009 r. wiemy już, że nawet taka "systemowa" asekuracja banków nie zapewnia odpowiedniego kredytowania gospodarki realnej. Tu spotyka się problem europejski z polskim pomimo względnego zdrowia naszego sektora bankowego. Uczestniczyliśmy w skoordynowanej akcji gwarantowania depozytów. Elementarne zaufanie europejskich ciułaczy zostało podtrzymane, lecz narasta ich lęk jako pracobiorców w zagrożonych dziedzinach produkcji i usług.
Tym samym, problem wytyczenia granicy sensownej interwencji wraca z nową siłą. Już nie tylko koncerny samochodowe wołają o pomoc państwa. Nie tylko Opel, także Renault i PSA Peugeot-Citroën, Saab, bo można się spodziewać linii lotniczych, śladem Alitalii i petentów z innych sektorów. Skończyła się pewność, która sprawiła, że w ciągu kilku godzin powstał plan ocalenia Fortisu, a w Niemczech w dwa tygodnie utworzono specjalny bankowy fundusz ratunkowy Soffin, a ostatnio uzgodniono specustawę umożliwiającą wywłaszczenie akcjonariuszy Hypo Real Estate. Opel zaś i grupa kapitałowa Schaeffler czekały nadal na akt łaski państwa.
Teraz słabnie pozycja kanclerz Angeli Merkel, która broniła zasady: ratunek systemowy, a nie symboliczny (nur systematisch, nicht symbolisch). To znaczy Commerzbank i Hypo Real Estate - tak, ale symboliczny Opel już nie. Im bliżej wyborów, tym większe przekroczenie tej granicy. Materializuje się w postaci specjalnego funduszu (Deutschlandsfonds) wyposażonego w 100 mld euro na gwarancje płynnościowe i pożyczki dla przedsiębiorstw realnej ekonomii. Szukając jakiejś zasady porządkującej rozdział publicznych darów, dorabia się do tego filozofię "obrony trzonu przemysłowego" (industrielle Kerne zu schützen). Opel mieści się w "trzonie". Ta druga linia okopów stanowi jednak słabą zaporę przed rozlaniem się pomocy na prawo i lewo. Komitet sterujący gwarancjami i pożyczkami złożony z urzędników trzech resortów gospodarczych skazany jest na uznaniowość ze swej natury!
W miarę pogłębiania się kryzysu pęka tama chroniąca europejskie rządy przed chaotycznymi interwencjami. Tyle że Zachód nieźle opanował sztukę głośnego deklarowania zasad i cichego zabiegania o korzystne wyjątki. Musimy się tego nauczyć, niestety! Początek już zrobiliśmy, inicjując na nieformalnym szczycie UE front przeciw protekcji, na rzecz europejskiej solidarności, a zarazem dając do zrozumienia, że nie należy nas wrzucać do wspólnego worka razem z Łotwą i Węgrami. Trzeba dalej zwierać szyki, by uchronić Europę przed zgubną spiralą egoizmów pogłębiających kryzys i niszczących dorobek wspólnoty. Trudno jednak obronić przemysł okrętowy, trzymając się starych zasad pomocy publicznej, gdy Niemcy - głośny przeciwnik protekcji - poczynają sobie w sposób wyżej opisany. Cóż, taki czas, że trzeba przestrzegać zasad, ale także bronić interesów, które niekiedy kolidują z zasadami.