Był 13 marca 1989 r., gdy młody Tim Berners-Lee, pracownik genewskiego instytutu fizyki CERN, położył na biurku swojego szefa pewien dokument. Papier na dwa lata trafił do archiwum.
Wczoraj w Genewie świętowano z wielką pompą 20. rocznicę tego wydarzenia. Dokument, o którym mowa, zapoczątkował bowiem narodziny sieci WWW. Berners-Lee, podirytowany faktem, że w instytucie nijak nie można odnaleźć dokumentacji wielu projektów naukowych, naszkicował wizję wielkiej komputerowej sieci, w której dokumenty byłyby połączone gąszczem odnośników (tzw. hiperlinków).
Odnośniki miały zastąpić książkowe przypisy: zamiast iść na wycieczkę do biblioteki, w internecie wystarczyło kliknąć na odnośnik i od razu trafiało się na wskazaną stronę. Do takiego skakania potrzebny był specjalny program - przeglądarka. I taki też program brytyjski naukowiec stworzył.
Początkowo uważano, że rozwiązanie nie wyjdzie poza środowisko naukowców. Sam Berners-Lee też początkowo nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swojej wizji i milionów dolarów na wynalazku nie zarobił. Jemu za to zawdzięcza swoje fortuny wielu amerykańskich multimilionerów i takie spółki jak Netscape, Yahoo! czy
Google.
Berners-Lee smykałkę do komputerów w zasadzie odziedziczył - jego
rodzice pracowali przy stworzeniu pierwszego brytyjskiego komputera. Gdy na studiach zakazano mu zbliżania się do komputerów za hakerstwo, zbudował go sam z części starego telewizora i mikroprocesora.
W 2003 r. za stworzenie WWW z rąk królowej Elżbiety II odebrał tytuł szlachecki. Dziś pracuje jako badacz słynnego instytutu MIT i stoi na czele organizacji WWWC, która koordynuje rozwój sieci.