Zbliżający się szczyt krajów G20, który odbędzie się 2 kwietnia, to wydarzenie, od którego wiele zależy. Jeżeli jego uczestnicy nie podejmą praktycznych kroków, by wesprzeć kraje znajdujące się na obrzeżach światowego systemu finansowego, globalne rynki dotknie kolejna fala spadków, podobnie jak w lutym, kiedy amerykański sekretarz skarbu Timothy Geithner zawiódł oczekiwania rynku, nie decydując się na dokapitalizowanie amerykańskiego systemu bankowego.
Obecny kryzys finansowy różni się od innych powojennych kryzysów. Poprzednio, gdy system finansowy dochodził do skraju przepaści, rządy mobilizowały się i ratowały go przed katastrofą. Tym razem system rzeczywiście się załamał po upadku
Lehman Brothers we wrześniu i trzeba było go podłączyć do respiratora. Obok innych działań rządy Europy i Stanów Zjednoczonych zagwarantowały właściwie, że żadnej innej instytucji finansowej rządy nie pozwolą upaść.
To był potrzebny krok, lecz doprowadził do niezamierzonych negatywnych skutków. Wiele innych krajów - od Europy Wschodniej po Amerykę Łacińską, Afrykę, Azję Południowo-Wschodnią - nie było w stanie udzielić równie przekonujących gwarancji. Kapitał zachęcony determinacją narodowych władz finansowych w centrum światowej gospodarki uciekł z peryferii. Waluty poleciały na łeb na szyję,
stopy procentowe wzrosły, a kredyty coraz częściej wpadały do worka z napisem "toksyczne". Gdy kiedyś powstanie historia tego kryzysu, zostanie w niej odnotowane, że w przeciwieństwie do Wielkiego Kryzysu, protekcjonizm wkroczył najpierw do świata finansów, a nie do szerokiego obrotu gospodarczego.
Międzynarodowe instytucje finansowe mają teraz nowe zadanie: chronić kraje na peryferiach globalnej gospodarki przed burzą, która przyszła z jej centrum. Przyzwyczajone są wprawdzie do rozmów z rządami, ale dziś muszą poradzić sobie z zapaścią sektora prywatnego. Jeśli to im się nie uda, gospodarki na peryferiach ucierpią znacznie bardziej niż te w centrum.
Kraje peryferyjne są zwykle biedniejsze i bardziej uzależnione od surowców niż państwa rozwinięte i muszą spłacić ponad 1,4 bln dol. pożyczek bankowych tylko w 2009 r. Pożyczki te nie mogą być przedłużone bez pomocy międzynarodowej.
Brytyjski premier Gordon Brown zdaje sobie z tego sprawę i umieścił to na liście tematów spotkania G20. W czasie przygotowań do szczytu jednak pojawiło się mnóstwo różnic zdań, zwłaszcza pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Niemcami.
Stany rozumieją, że odwrócić załamanie w kredytach dla sektora prywatnego można tylko poprzez korzystanie w jak największym stopniu z kredytu państwowego.
Niemcy zaś, pamiętający jeszcze traumę hiperinflacji lat 20. poprzedniego wieku, a w konsekwencji dojście do władzy Hitlera w latach 30., niechętnie podchodzą do zaciągania zbyt wielu długów. Obie postawy są mocno zakorzenione i obie można uzasadnić argumentami, które z punktu widzenia danego kraju mają sens. Kontrowersja ta może jednak podważyć korzyści ze spotkania 2 kwietnia.
Każda ze stron powinna szanować stanowisko drugiej bez wyrzekania się własnych poglądów, a jednocześnie powinny znaleźć wspólny język. Zamiast wyznaczać jeden dla wszystkich cel wielkości pakietów stymulacyjnych 2 proc.
PKB, wystarczy zgodzić się, że kraje peryferyjne potrzebują międzynarodowej pomocy w ochronie własnych systemów finansowych, i zająć się działaniami przywracającymi dobrą koniunkturę. To leży w interesie nas wszystkich. Jeśli gospodarkom peryferyjnym pozwolimy upaść, kraje rozwinięte również na tym ucierpią.
W tej chwili wygląda na to, że szczyt G20 przyniesie konkretne rezultaty: środki Międzynarodowego Funduszy Walutowego najprawdopodobniej zostaną sprawnie podwojone, głównie dzięki mechanizmowi NAB (New Agreement to Borrow), który można uruchomić bez rozwiązywania notorycznego problemu ponownego rozstrzygnięcia praw głosu w międzynarodowych instytucjach finansowych.
To wystarczy, by
MFW mógł pomóc poszczególnym krajom borykającym się z problemami, lecz nie stanowi to rozwiązania systemowego. Takie rozwiązanie jest gotowe w postaci mechanizmu SDR (Special Drawings Rights - aktywa i należności MFW udostępnione każdemu krajowi proporcjonalnie do jego udziału w funduszu), który już był na niewielką skalę stosowany.
SDR-y to waluta skomplikowana i trudna do zrozumienia, lecz rzecz sprowadza się do tego, że można dzięki niej tworzyć międzynarodowy pieniądz. Kraje, które mogą tworzyć własną walutę, nie potrzebują go, lecz państwa peryferyjne - tak. Kraje bogate powinny zatem udostępniać swoje SDR-y państwom w potrzebie.
Nie stworzy to deficytu budżetowego w krajach bogatych. Państwa otrzymujące pomoc płaciłyby MFW niewielki procent: średnią z oprocentowania obligacji skarbowych we wszystkich walutach wymienialnych. Miałyby swobodny dostęp również do własnych SDR-ów, a międzynarodowe instytucje finansowe nadzorowałyby, w jaki sposób pożyczone SDR-y byłyby spożytkowane. Trudno sobie wyobrazić mechanizm, w którym stosunek kosztu do efektu byłby tak korzystny.
Poza jednorazowym podniesieniem zasobów MFW, powinna mieć miejsce coroczna emisja SDR-ów, powiedzmy wartych 250 mld dol., tak długo, jak potrwa recesja. Aby mechanizm miał właściwości antycykliczne, SDR-y można by było udostępniać w transzach, aby globalna gospodarka się nie przegrzała. Już za późno, by uzgodnić emisję SDR-ów na najbliższym spotkaniu G20, ale gdyby zaproponował to prezydent Barack Obama, a większość uczestników zaaprobowała, już samo to wystarczyłoby do pokrzepienia rynków i uczyniłoby szczyt wielkim sukcesem.
Copyright 2009 dla "Gazety Wyborczej" we współpracy z Project Syndicate