Na razie biblioteczka
Google jest skromna - jest w niej 350 tys. piosenek, zarówno chińskich, jak i zagranicznych artystów. - W ciągu kilku miesięcy liczba utworów przekroczy milion - zapewnia jednak Gary Chen, szef współpracującego z Google chińskiego serwisu z muzyką Top100.cn. Ciekawostka: użytkownicy będą mogli przeszukiwać katalog, zarówno wpisując tytuł
piosenki czy artystę, jak i szukając utworów o konkretnym tempie czy instrumentarium.
Oferta może wydawać się skromna, za to internauci z Państwa Środka mogą z niej wczoraj czerpać do woli - nic za piosenki nie płacąc, i, co istotne, zupełnie legalnie. Google dogadało się bowiem z właścicielami praw do utworów (w tym z czterema największymi wytwórniami) - ma się z nimi dzielić przychodami z reklam.
Współpraca może się opłacić obu stronom - pod względem liczby internautów
Chiny niedawno wyprzedziły
USA i samodzielnie prowadzą w ogólnoświatowym rankingu. I jednocześnie to jedno z niewielu państw, gdzie Google przegrywa z lokalnym graczem - Baidu, portalem i wyszukiwarką w jednym, który ma ponad 60 proc. rynku, dwukrotnie więcej niż amerykański gigant.
Co z tego będą miały wytwórnie? Dla nich każdy cent, jaki wpłaci Google z reklam, już będzie zyskiem. Rynek legalnej muzyki w Państwie Środka jest śmiesznie mały - szacuje się go na zaledwie 76 mln dol. (mniej niż 1 proc. globalnego rynku fonograficznego). W internecie nie jest lepiej - według danych Międzynarodowego Stowarzyszenia Branży Fonograficznej (IFPI) w zeszłym roku ponad 99 proc. plików muzycznych w Chinach krążyło w nielegalnym obrocie. - To pierwsza poważna próba, by w końcu zacząć zarabiać na internetowym w rynku w Chinach - mówi o współpracy z Google Lachie Rutherford, szef wytwórni Warner na kraje Azji i Pacyfiku.
Jak twierdzi Lee Kai-Fu, szef chińskiego oddziału Google, koncern na innych rynkach podobnej usługi nie zamierza uruchamiać.