Odkąd banki przykręciły śrubę z kredytami we frankach szwajcarskich, złotowy kredyt z budżetową dopłatą zaczął zyskiwać na popularności. Zdaniem wielu analityków może się on stać w tym roku hitem. W dodatku od środy w większości miast wzrósł ustawowy pułap cen mieszkań, którego nie wolno przekroczyć. Jest to wskaźnik, którego podstawą są koszty zakończonych budów. Od kilku miesięcy te koszty spadają, ale znajdzie to odzwierciedlenie w statystykach GUS prawdopodobnie nie wcześniej niż w przyszłym roku.
Na razie np. w
Warszawie ów maksymalny pułap cen wzrósł z 7142,8 do 7257,6 zł za m kw., w Krakowie - z 4979,8 do 5340,3 zł, a we
Wrocławiu - z 5679,8 do 6295,1 zł za metr kwadratowy. W efekcie zwiększyła się dostępność mieszkań za kredyt z dopłatą, choć nie wszędzie w jednakowym stopniu.
Jak policzyła nam firma Reas, w stolicy objęte nią było do niedawna tylko co czwarte nowe mieszkanie, od wczoraj - niemal co trzecie. Podobny odsetek jest we Wrocławiu. Dużej poprawy nie odczują natomiast amatorzy nowych mieszkań w Krakowie. Tu dziewięć na dziesięć mieszkań oferowanych przez deweloperów wciąż nie łapie się na program "Rodzina na swoim".
Podobnie ma się rzecz z mieszkaniami na rynku wtórnym. Agencja Metrohouse podaje, że ledwie 8 proc. używanych mieszkań w Krakowie można kupić za kredyt z dopłatą. Równocześnie przyznaje, że są miasta, np.
Białystok. Olsztyn,
Bydgoszcz i
Poznań, gdzie dostępność takich mieszkań radykalnie wzrosła. Na przykład w stolicy Wielkopolski wskaźnik kosztowy wzrósł z 6335 do 7224 zł za m kw. W Reasie twierdzą, że za taką cenę można tu kupić niemal dwie trzecie mieszkań oferowanych przez deweloperów. Metrohouse zaś wyliczył, że na rynku wtórnym aż trzy czwarte wszystkich ofert mieści się w tym przedziale cenowym.
W obu przypadkach mieszkania spełniają jeszcze jeden warunek uzyskania dopłaty - ich powierzchnia nie może przekraczać 75 m kw. Pamiętajmy również, że Reas i Metrohouse wzięły pod uwagę ceny ofertowe, które są zwykle wyższe od transakcyjnych, a te ostatnie topnieją.
Niestety, od wczoraj stopniała także dopłata do kredytu, co jest konsekwencją serii obniżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Wyjaśnijmy, że budżet dopłaca kredytobiorcom przez osiem lat spłaty kredytu połowę odsetek liczonych według tzw. stopy referencyjnej. Tę zaś stanowi stawka trzymiesięcznego WIBOR (to oprocentowanie, po którym banki skłonne są pożyczać sobie pieniądze) powiększona o 2 pkt proc.
Przez ostatnie dwa lata WIBOR rósł jak na drożdżach, więc automatycznie zwiększała się budżetowa dopłata. Ostatnio mamy jednak odwrotną sytuację - WIBOR wyraźnie stopniał, a w konsekwencji także stopa referencyjna - z 8,64 proc. w pierwszym kwartale do 6,82 proc. w drugim, który się właśnie zaczął.
- W przypadku 30-letniego kredytu w wysokości 300 tys. zł budżetowa dopłata zmalała więc z 1080 do 852,5 zł, czyli aż o 227,5 zł - mówi Karol Wilczko z serwisu finansowego Comperia.pl.
Załóżmy, że taki kredyt (300 tys. zł na 30 lat) kosztuje 6,17 proc. w skali roku. Wilczko policzył, że dzięki dopłacie z budżetu kredytobiorca z własnej kieszeni zapłaci nie ok. 1831 zł raty, ale 979 zł. Mniejszą dopłatę częściowo zrekompensował mu jednak spadek raty spowodowany zmniejszeniem się oprocentowania kredytu. Także i ono jest bowiem oparte na stopie WIBOR.