Ogłaszając dziesięć lat temu reformę, rząd Jerzego Buzka przewidywał, że Polacy będą dostawać nowe, sprawiedliwe, godne świadczenia na starość. Reforma miała uporządkować system emerytalny i dać miliardowe oszczędności. Za odważne kroki chwaliła nas cała Europa. Rządy Grecji i Francji przyjeżdżały i nie mogły się nadziwić, że udało nam się wprowadzić rewolucyjne założenia - koniec dopłat państwa do przywilejów emerytalnych, od tej pory każdy sam zbiera na swoje świadczenia.
Pozostał do załatwienia tylko jeden problem - trzeba było zlikwidować większość wcześniejszych emerytur, do których co roku państwo dopłaca 30 mld zł. Miały się tym zająć kolejne rządy. Nie zrobiły nic. Efekt? Wcześniejszych emerytów zamiast ubywać, z roku na rok nam przybywa. Tylko w ub.r. na wcześniejszą emeryturę odeszło aż 200 tys. osób - dwa razy więcej niż w latach poprzednich.
Wysyp emerytów fatalnie odbija się na naszej gospodarce. Nasz kraj ma jeden z najniższych w Europie wskaźników zatrudnienia, który pokazuje, ile osób w wieku produkcyjnym 15-64 lata rzeczywiście pracuje. W Polsce wynosi on zaledwie 52,8 proc., a średnia dla krajów starej Unii to 65,2 proc.! Na dodatek wydłuża się średni wiek życia Polaków. W porównaniu z początkiem lat 90. XX wieku kobiety żyją średnio prawie cztery lata dłużej (79,4 roku), mężczyźni - 4,3 roku (70,8 roku).
W efekcie dziś na jednego emeryta przypada czterech pracujących, a w 2030 r. będzie ich już tylko dwóch. Nic więc dziwnego, że ZUS szacuje, iż w ciągu pięciu następnych lat na wypłatę emerytur zabraknie mu 158 mld zł!
Wcześniejszych emerytur nie ma, są rekompensaty O reformie zaczął mówić głośno w ub. roku premier Donald Tusk. Mimo weta prezydenta i manifestacji związkowców przepchnął przez parlament ustawę, która ukróciła niektóre przywileje. Od tego roku mamy ustawę pomostową, która na wcześniejsze emerytury pozwoli tylko 270 tys. osób pracujących w najtrudniejszych warunkach (hutnicy, pracownicy chłodni). Przywileje straciło ponad 900 tys. osób, m.in. dziennikarze, telefonistki.
Oszczędności nie będą jednak tak duże, jak oczekiwali twórcy reformy. Rząd zafundował bowiem tym, którzy nie załapali się na wczesne emerytury, specjalne rekompensaty. Inaczej mówiąc, do ich kont emerytalnych podopisywał po kilkadziesiąt tysięcy złotych. W rezultacie ich emerytura będzie wyższa, ale zapłaci za to oczywiście podatnik. Według PKPP Lewiatan rekompensaty mogą kosztować
budżet nawet kilkadziesiąt miliardów złotych.
Za mundurem przywileje sznurem Na początku tego roku Donald Tusk postanowił pójść za ciosem i przeprowadzić dalsze cięcia wczesnych emerytur. Już nie tylko cywilom, ale też mundurowym. Reforma mówiła bowiem jasno - żadnych osobnych systemów dla wybranych grup zawodowych.
Niestety, nadzorujący policję szef MSWiA Grzegorz Schetyna spuścił z tonu. Reforma ma być, ale dużo mniej radykalna, niż początkowo zapowiadał. Teraz
policjant może pójść na emeryturę po 15 latach służby. W minionym roku co trzeci z "nowych" emerytów nie miał nawet 20 lat służby. Mamy więc 40-letnich emerytów, którzy dorabiają w firmach ochroniarskich. A komendy muszą wydawać miliony na szkolenie nowych funkcjonariuszy.
Schetyna chce, aby policjanci pracowali do emerytury minimum 25 lat. Jednak dłużej pracować będą tylko funkcjonariusze przyjęci do służby w 2010 r. Osoby zatrudnione wcześniej w policji, straży pożarnej i granicznej, BOR, ABW, AW, CBA przywileje zachowują. Jeszcze na początku roku Schetyna mówił, że nie stać nas na takie rozwiązanie, ale wystarczyły dwie demonstracje policjantów i już nas stać.
Poza tym projekt ministra nie zakłada osobnych zasad emerytalnych dla osób pracujących na tzw. pierwszej linii i tych zatrudnionych w administracji. Te same reguły i sposób liczenia będą dotyczyć policjanta z drogówki, osoby ze służb specjalnych czy laboranta i zaopatrzeniowca komendy. Choćby w Niemczech to nie do pomyślenia.
Przed jakąkolwiek reformą rękami i nogami broni się za to minister obrony narodowej Bogdan Klich. Wojskowi mają identyczne przywileje emerytalne jak policjanci. Wystarczy im 15 lat służby, by przejść na emeryturę.
Wojskowi tłumaczą, że szybka emerytura to jedyny przywilej, który zachęca ich do służby. Ale przecież żołnierze mają dodatki, o jakich cywile nie mają co marzyć:
• mundurowe - ok. 2 tys. zł raz do roku
• trzynastka, czyli dodatkowa
pensja • mieszkanie służbowe plus koszty na remont i 250 proc. pensji na urządzenie
• 100 proc. wynagrodzenia w czasie choroby (cywile mają tylko 80 proc.). Dlatego w wojsku to żołnierze, a nie ich żony biorą chorobowe na
dzieci • darmowy przejazd raz w roku pociągiem dla całej rodziny (do 1 tys. km). Zwrot pieniędzy dostaje się nawet bez pokazywania biletu.
Rolnika i górnika nie ruszymy Całkowicie poza systemem są też rolnicy. Na emerytury odkładają w KRUS-ie. Płacą na nie zaledwie 190 zł składki na kwartał, czyli dziesięciokrotnie mniej niż np. fryzjer w mieście. Ale niskie emerytury im nie grożą.