Ustawa miała być skutecznym straszakiem na piratów internetowych. Osobom przyłapanym na dwukrotnym naruszeniu prawa autorskiego, przy trzecim występku dostęp do sieci odcinano by nawet na rok.
Francuski prezydent Nicolas Sarkozy, który ma wielu przyjaciół wśród artystów (jego żona Carla Bruni jest piosenkarką), ostro lobbował, by podobne rozwiązanie przyjęto w całej Unii Europejskiej. Artyści gremialnie podpisali się też pod listem popierającym restrykcje - łącznie zebrano ponad 10 tys. podpisów piosenkarzy, muzyków czy aktorów.
RIAA, amerykańska organizacja zrzeszająca koncerny fonograficzne, już zdążyła wychylić symboliczną lampkę szampana, ciesząc się z francuskiej inicjatywy.
Tymczasem dziś parlamentarzyści spłatali prezydentowi psikusa. Decyzja Zgromadzenia Narodowego jest o tyle zaskakująca, że w zeszłym tygodniu parlamentarzyści ustawę... przyjęli. Dziś rano poparł ją także senat. Ale po południu w świat poszła wiadomość, że
Francja dostępu do internetu odcinać nie będzie. W niemal pustym parlamencie do odrzucenia ustawy wystarczyło... 21 głosów. Przeciw było 15 osób. Do głosujących przeciw dołączyło nawet dwóch członków prawicowej partii Sarkozy'ego, która ma większość we francuskim parlamencie.
Ale radość przeciwników ustawy jest przedwczesna - ustawę odrzucono z powodu dodanej w ostatniej chwili przez senat poprawki. Dość kontrowersyjnej, bo zakładała ona, że nawet jeśli użytkownikowi zostanie odcięty dostęp do internetu, to nadal musi opłacać rachunki. Jak zapowiedział już rząd, nowe czytanie i głosowanie - już po wycofaniu ostatniej poprawki - odbędzie się w obu izbach w najbliższych tygodniach.
Dziś za nielegalne ściąganie z sieci materiałów chronionych prawem autorskim teoretycznie grozi we Francji grzywna nawet 300 tys. euro albo trzy lata więzienia.
Przeciwko ustawie gorąco protestują zaś organizacje konsumenckie, także w Polsce.
- W Europie toczy się teraz batalia o to, czy piratów odcinać od internetu - mówił niedawno "Gazecie" działacz na rzecz wolności w internecie Józef Halbersztadt, członek zarządu stowarzyszenia Internet Society Poland (ISOC). Dla ISOC karne odcięcie od internetu równa się odcięciu od cywilizacji i jej dóbr.
Ale francuski pomysł zatacza coraz szersze kręgi - w lutym irlandzki operator Eircom podpisał umowę z firmami fonograficznymi, że będzie odłączać użytkowników, którzy po dwóch ostrzeżeniach nadal będą wymieniać się w internecie filmami, muzyką i grami. W Polsce podobne zapisy w regulaminie ma Aster. Sceptyczni wobec odcinania internautów są jednak m.in.
Niemcy czy
Wielka Brytania.
Na przykładzie Szwecji widać jednak, że na internautów różne nowe inicjatywy działają odstraszająco. Od początku kwietnia obowiązuje tam ustawa, która daje właścicielom praw autorskich nowe narzędzie - mogą domagać się od operatorów ujawnienia danych osób dzielących się plikami.
Jak wyliczył Netnod, szwedzka firma monitorująca ruch w sieci, w dniu wejścia w życie ustawy ruch spadł o jedną trzecią. Jednak obserwatorzy rynku są przekonani, że to prawdopodobnie tymczasowy efekt, a internauci szybko znajdą nowe sposoby na zachowanie anonimowości.