Biznes Ludzie Pieniądze

Jak to jest ze stymulowaniem

Witold M. Orłowski
09.04.2009 , aktualizacja: 09.04.2009 19:55
A A A Drukuj
Felieton Witolda M. Orłowskiego
Witold Orłowski, doradca Price WaterhouseCoopers
Witold Orłowski, doradca Price WaterhouseCoopers
Niesłychanie modnym słowem zrobiło się w ostatnich miesiącach stymulowanie popytu. Mody tej nie wymyśliliśmy zresztą w Polsce. Pierwszy dał przykład prezydent Obama, który zdecydował się zaaplikować gospodarce amerykańskiej pakiet stymulacyjny wart około biliona dolarów (poza bilionem, którym poprzednio Waszyngton wsparł sektor bankowy). Niektóre kraje Europy Zachodniej okazały się nie gorsze i przygotowały własne pakiety na łączną kwotę jeszcze wyższą od amerykańskiej. Stymulować (co prawda skromniej, bo tylko za kwotę nieco ponad pół biliona dolarów) chcą swój popyt Chiny, a nawet Rosja. W Komisji Europejskiej ciągle snuje się myśl o dodatkowym europejskim pakiecie stymulacyjnym. I tylko my, ku oburzeniu części polityków i ekonomistów, chwilowo nie rwiemy się do żadnego stymulowania popytu.

Dobrze robi ten nasz rząd czy okropnie błądzi? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim dobrze zrozumieć, na czym polega cała sprawa ze stymulowaniem (które ekonomiści często nazywają keynesowkimi receptami na walkę z recesją). Zacznijmy więc od tego, że na popyt, który pojawia się na krajowym rynku, wpływ mają dwa typy wydatków: wydatki sektora prywatnego (gospodarstw domowych i przedsiębiorstw) oraz wydatki sektora publicznego (czyli rządu, samorządów i różnych instytucji publicznych, np. szkół lub szpitali). Wydatki sektora publicznego tworzą zazwyczaj 75-80 proc. całego popytu, więc ich rola w porównaniu z wydatkami publicznymi jest znacznie większa.

Recesja oznacza, że wydatki sektora prywatnego się obniżają. Zagrożeni utratą pracy albo przyciśnięci ciężarem zaciągniętych w "dobrych czasach" kredytów konsumenci zaczynają gwałtownie oszczędzać i mniej kupują (najsilniej ograniczają zakupy dóbr luksusowych - nowego samochodu czy sprzętu AGD). Firmy wstrzymują projekty inwestycyjne, a więc kupują mniej maszyn i zamawiają mniej usług budowlanych. Państwo usiłuje, jak może, zachęcać do wzrostu wydatków, obniżając stopy procentowe i podatki, ale jeśli ludzie naprawdę boją się o przyszłość - efekty takich działań są umiarkowane. Z drugiej jednak strony, rząd może podjąć decyzję o zwiększeniu wydatków publicznych. Można tego dokonać bezpośrednio, budując nowe drogi lub sieci światłowodowe (tak planuje robić rząd USA), albo pośrednio, dając ludziom do ręki pieniądze (tak jak robi dziś rząd Niemiec, dopłacając do złomowania samochodów). Efektem staje się wzrost popytu sektora publicznego, który ożywia gospodarkę i pomaga przezwyciężyć recesję.

Proste, prawda? W dodatku w uszach większości polityków brzmi jak słodka obietnica. Czy można wyobrazić sobie coś milszego niż głosowanie nad zwiększeniem wydatków budżetowych? I to jeszcze w dodatku wówczas, gdy z jednej strony prezentuje się swoim wyborcom jak istny Święty Mikołaj spieszący im z pomocą w potrzebie, a z drugiej nie tylko nie zyskuje się piętna populisty, ale zaszczytne miano polityka stymulującego popyt w celu zwalczenia recesji?

Ze stymulowaniem popytu wszystko byłoby pięknie, gdyby nie niemiła strona - koszty. Otóż państwo wiele nie produkuje i nie sprzedaje, więc jeśli chce na coś wydać pieniądze, musi je zebrać od podatników. Podniesienie podatków w czasie recesji? To nie miałoby za wiele sensu, bo w ten sposób jedną ręką by się pieniądze dawało, a drugą zabierało (a więc popyt by nie drgnął). Pakiety stymulacyjne mają więc sens tylko wówczas, gdy finansowane są wzrostem deficytu i długu publicznego, czyli w drodze pożyczenia pieniędzy od krajowych i zagranicznych inwestorów. W czasie recesji owi inwestorzy i tak swojego kapitału nie wydaliby na budowę nowych fabryk, więc leży on niewykorzystany. Jednak problem, który się z tym wiąże, jest jeden, ale za to poważny - taki, że w przyszłości podatnicy będą musieli ów dług z odsetkami oddać.

Mimo wszystko operacje stymulowania popytu mogą mieć sens. Dzieje się tak tylko wówczas, jeśli wydatkowanie dodatkowych publicznych pieniędzy rzeczywiście spowoduje szybsze zakończenie recesji, a zaciągnięte w trudnych czasach długi spłaci się w czasach lepszych, gdy w kieszeniach podatników bez problemów znajdą się potrzebne na spłaty pieniądze. No właśnie - jeśli. Bo jeśli tak się nie stanie, zamiast sobie pomóc, tylko pogorszymy sytuację.

Aby dobrze zrozumieć sens użycia pakietów stymulacyjnych, dobrze jest pomyśleć o prostej analogii. Wyobraźmy sobie, że gospodarka to samochód, którym jedziemy w daleką podróż. Posuwamy się do przodu, jeśli działa silnik przetwarzający paliwo na siłę, która pcha nas do przodu (tak właśnie działa gospodarka, z tym że funkcję paliwa pełnią zużywane przez firmy kapitał i praca). A teraz wyobraźmy sobie, że nagle silnik stanął i nie chce zapalić, choć w baku jest niewykorzystane paliwo (na tym właśnie polega recesja). Co możemy zrobić? Skrzykujemy znajomych i próbujemy uruchomić samochód na pych. Takie pchanie to właśnie odpowiednik rządowego pakietu stymulacyjnego. Samochód porusza się do przodu, ale kosztem wielkiego wysiłku pchających. W ten sposób posuniemy się o 50 metrów, może 100. Ale jeśli silnik na nowo nie zaskoczy i nie zacznie działać, na pewno nie zajedziemy w ten sposób do celu. I to jest właśnie problem z pakietami stymulacyjnymi. Wydatki rządowe są w stanie tylko na krótko zastąpić prywatne. Za cenę dużego wysiłku możemy auto rozbujać, ale cała operacja zakończy się sukcesem tylko wtedy, kiedy po krótkim rozbiegu zacznie ono jechać samo, bez pchania. Jeśli nie - pozostaje tylko odstawić je do najbliższego warsztatu.

Z pakietem stymulacyjnym - np. pakietem Obamy - wiąże się więc poważne niebezpieczeństwo, a prezydent USA wcale nie jest skazany na sukces. Jeśli wskutek wydania góry pożyczonych z rynku pieniędzy prywatna gospodarka na nowo zaskoczy, konsumenci zaczną trwale zwiększać wydatki, a firmy inwestycje, będzie to znaczyło, że ryzyko warto było podjąć. Jeśli jednak wydane pieniądze spowodują krótkotrwałe ożywienie na rynku, po czym zaaplikowany ogromnym kosztem impuls popytowy wyczerpie się i powróci recesja, będzie to finansowa katastrofa. I o tym musi pamiętać każdy rząd, zanim się na taki hazard zdecyduje. A nasz rząd musi być szczególnie ostrożny, bo jesteśmy zbyt biedni na to, aby lekkomyślnie ryzykować.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów