- Mamy do czynienia ze skandalem na miarę afery z "lub czasopisma" - mówi Jarosław Mroczek, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. - Jeśli nic się nie zmieni, będzie to wyrok na dalsze inwestycje związane z energetyką odnawialną.
Chodzi o projekt nowelizacji prawa budowlanego przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury. Ustawa mówi m.in. o tym, jaki podatek od
nieruchomości płacą właściciele farm wiatrowych do kas samorządów, na terenie których inwestują. Rocznie to do 2 proc. wartości budowli związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Zgodnie z dzisiejszą definicją budowlą nie jest jednak cała elektrownia wiatrowa. - Podatek nalicza się jedynie od wartości fundamentu i masztu - mówi Mroczek. Na takich samych zasadach opodatkowane są piece przemysłowe i kotły.
Śmigła, prądnica i pozostałe najdroższe elementy są urządzeniami technicznymi, których nie wlicza się do wartości "budowli".
Tymczasem w projekcie nowelizacji prawa budowlanego elektrownie wiatrowe są traktowane jak normalne budowle, tak jak lotniska, wiadukty, składowiska odpadów itd. - To oznacza, że będziemy musieli odprowadzać podatek od wartości całej elektrowni - mówi Mroczek. - A to czyni inwestycję nieopłacalną.
Prezes PSEW podaje przykład farmy wiatrowej w Zagórzu nad Zalewem Szczecińskim. Kosztowała ok. 150 mln zł. Przy obecnych przepisach podatek z takiej farmy to około 600 tys. zł rocznie. Po zmianach wzrośnie aż pięciokrotnie.
- 2 proc. podatku od wartości wiatraków to 3 mln zł rocznie, farma ma działać 30 lat, w sumie podatek wyniesie 90 mln zł - wylicza Mroczek. - Z punktu widzenia ekonomicznego taka inwestycja nie ma sensu, nie możemy przecież podwyższyć cen wytwarzanej w ten sposób energii, bo nikt jej nie kupi.
Projekt czeka na rozpatrzenie przez rząd. Jarosław Mroczek twierdzi, że resort infrastruktury nie konsultował zmian ze stowarzyszeniem. Ani słowa o wiatrakach nie ma też w uzasadnieniu do projektu. Jeszcze przed Wielkanocą "Gazeta" zwróciła się do Ministerstwa Infrastruktury z prośbą o wyjaśnienie sensu zmian, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Odpowiedzialny za budownictwo wiceminister Olgierd Dziekoński przyznał jednak w rozmowie z "Gazetą", że słyszał o pretensjach PSEW. Zapewniał, że resort nie chce doprowadzić do zmian niekorzystnych dla inwestujących w elektrownie wiatrowe.
- To nie będzie miało miejsca - stwierdził Dziekoński. - Na wszelki wypadek przeprowadzimy szczegółową analizę prawną tego punktu projektu ustawy, by nie było wątpliwości.
- Przecież to stało się na nasz wniosek - dziwi się Leszek Kuliński, wójt Kobylnicy na Pomorzu, który stoi na czele Stowarzyszenia Gmin Przyjaznych Energii Odnawialnej. Stowarzyszenie skupia 30 gmin. Samorządy od kilku lat walczą o korzystne dla ich budżetów zapisy, które znalazły się w obecnym projekcie nowelizacji prawa budowlanego.
- Te zmiany są dla nas satysfakcjonujące - mówi Kuliński. - Dla nas to niedopuszczalne, by inwestorzy wznoszący elektrownie wiatrowe płacili podatek, uwzględniając jedynie wartość fundamentów.
Samorządy mogą mieć jednak problem z przeforsowaniem swoich argumentów.
- Zmiana w sposobie naliczania podatku byłaby przesadnym uprzywilejowaniem gmin, za które zapłaciliby wszyscy użytkownicy energii elektrycznej - mówi poseł PO Arkadiusz Litwiński, wiceprzewodniczący sejmowej komisji ochrony środowiska.
Według Litwińskiego zmiany są zagrożeniem dla realizacji zobowiązań Polski wobec Unii Europejskiej. Do 2010 roku udział energii odnawialnej w krajowym zużyciu energii ma sięgnąć 7,5 proc. Plany rządowe zakładają, że 2,3 proc. ma pochodzić właśnie z elektrowni wiatrowych. Na koniec 2008 roku było to dopiero 0,47 proc.
Tymczasem elektrownie wiatrowe nie mają w Polsce łatwego życia. Fatalny stan infrastruktury energetycznej sprawia, że operatorzy bardzo niechętnie i powoli podłączają je do sieci, tłumacząc, że powodują jej rozchwianie. Niedawno poznańska Enea dostała od UOKiK 11 mln zł kary za utrudnianie wiatrowcom dostępu do sieci.