Joanna, którą opisujemy na pierwszej stronie dzisiejszej "Gazety", seriale ogląda w swoim domu pod Warszawą. Kilkaset kilometrów od niej, nad Bałtykiem, mieszka PakereK_Pit (prosi o nieujawnianie prawdziwego imienia). Ma 21 lat. Do tej pory legalnie kupił tylko cztery części gry "Gothic". - Bo są tego warte - mówi. Resztę, czyli muzykę, gry, filmy i książki, ściąga z internetu.
PakereK_Pit studiuje wieczorowo i pracuje. Przy swoich zarobkach mógłby kupić najwyżej kilka gier w miesiącu. - Więc wolę wydać 70 zł na internet i ściągać do woli - tłumaczy. Miliony Polaków robi to samo. - Piractwo internetowe stało się zjawiskiem społecznym - przyznają socjologowie.
Nie tylko w Polsce. W ub.r. co szósty internauta w Europie uczestniczył w nielegalnej wymianie plików - szacuje firma badawcza Jupiter Research. W samej tylko Francji w maju ub.r. roku dokonano nielegalnej wymiany blisko 14 mln filmów. W tym samym czasie we francuskich kinach sprzedano tylko 12,2 mln biletów.
- W 2008 r. na całym świecie z sieci pobrano nielegalnie 40 mld utworów - alarmuje Międzynarodowe Stowarzyszenie Przemysłu Fonograficznego (IFPI). Straty producentów oblicza na miliardy dolarów.
Mrówki z Wiejskiej Konsekwencja piractwa może być taka, że nowych filmów będzie powstawać po prostu mniej. - Piracka dystrybucja w internecie pozytywnie wpływa na promocję dobrych tytułów, ale ogranicza źródła finansowania. A w konsekwencji powstawanie nowych, wysokobudżetowych projektów - ostrzega Marcin Skabara, szef kanałów z serialami AXN (własność HBO). Jego stacja w wyścigu z internetem w Polsce nie ma szans, bo na antenie AXN serial pojawia się dwa, trzy miesiące po amerykańskiej premierze.
Na piratów złorzeczą jednak nie tylko stacje telewizyjne i wielkie hollywoodzkie wytwórnie. Narzekają też koncerny fonograficzne, producenci oprogramowania. Straty tych ostatnich w Polsce to - według organizacji branżowej Business
Software Alliance - 580 mln dol.

Zdaniem Macieja Karmolińskiego z katowickiej spółki AuditPro ta kwota niekoniecznie jest przesadzona. Jego firma sprawdza, czy na komputerach w firmie nie jest zainstalowane pirackie oprogramowanie, czy pracownicy nie ściągają filmów albo muzyki. I z jej doświadczeń wynika, że średnio co trzeci bajt na służbowych komputerach to nielegalne treści. W jednej z firm specjaliści AuditPro natknęli się na bardzo rzadki, wart kilkaset tysięcy złotych program do... projektowania samolotów. Ściągnął go, nie wiedzieć po co, jeden z
handlowców. - Najgorzej jest jednak w instytucjach publicznych - mówi specjalista z AuditPro. Dwa lata temu użytkownicy sieci BitTorrent wykryli, że film "Mrówki w gaciach" można było pobrać m.in. z komputera działającego w sieci Sejmu. Zaś w poznańskim urzędzie wojewódzkim ktoś pobierał odcinek serialu "Lost".
Ściąganie proste jak Gadu-Gadu Do niedawna ściąganie wymagało instalowania specjalnych programów na komputerze. Nie każdy to potrafił zrobić. Teraz ściąganie jest równie łatwe jak korzystanie z Gadu-Gadu. A wokół ściągania powstała cała "obsługa serwisowa". Są fora, gdzie można się dowiedzieć, jak skonfigurować łącze, by ściągać jak najszybciej. Są strony z programami do łamania zabezpieczeń nowych gier komputerowych. Są wreszcie strony, z których można ściągnąć napisy do zagranicznych filmów i seriali. Dwie z nich - Napisy24.pl i Hatak.pl - prowadzi Krzysztof Żegliński, w internecie znany jako Sokar. Jego serwisy łącznie odwiedza milion osób miesięcznie. Nowych użytkowników - jak twierdzi założyciel - wciąż przybywa. Tylko przy Hatak.pl udziela się regularnie 60 tłumaczy.
Są wreszcie witryny najważniejsze: te, które udostępniają adresy internetowe, spod których filmy, muzykę i gry można ściągnąć. Czterech właścicieli takiego właśnie serwisu o nazwie Pirate Bay (Zatoka Piratów), szwedzki sąd skazał właśnie na rok więzienia i prawie 4 mln dol. odszkodowania.
Z Pirate Bay korzystało regularnie ponad 20 mln osób z całego świata, w tym pół miliona Polaków - twierdzi firma Gemius badająca ruch w internecie.
Podobnych do Pirate Bay witryn są tysiące. Z rankingu, jaki dla "Gazety" przygotowała firma Gemius, wynika, że najpopularniejszy Chomikuj.pl ma dwa miliony użytkowników miesięcznie, Torrenty.org - półtora miliona, Odsiebie.com - ponad milion, a Wru.pl - prawie 700 tys.
Jaki Polacy mają stosunek do ściągania z internetu, pokazują dane SMG/KRC. W badaniu wykonanym na zlecenie firmy D-Link pytano m.in., co powinna zrobić osoba, która już nielegalnie ściągnęła z internetu np. film. Najpopularniejsza odpowiedź: "Nic nie robić" (39 proc. ankietowanych). Do legalnego zakupu zachęca zaś 14 proc. ankietowanych - przy czym 5 proc. zastrzega, że tylko wówczas, jeśli film się spodobał.
1,25 zł za piosenkę, 18 zł za album Koncerny od lat próbują walczyć z internautami za pomocą prawa. W ub.r. głośno zrobiło się (m.in. za sprawą "Gazety") o warszawskiej kancelarii Obig. Na zlecenie m.in. producentów gier i wydawców muzyki groziła ona internautom sądem, procesem karnym, cywilnym, postępowaniem komorniczym, w końcu wpisem do rejestru dłużników. Jako alternatywę proponowała ugodę i odszkodowanie - zazwyczaj od 500 zł do 3 tys. zł. ZPAV reprezentujący w Polsce interesy wytwórni filmowych i fonograficznych też stara się wyłapywać użytkowników, którzy nielegalnie rozpowszechniają pliki. Za każdy utwór zażąda wówczas 1,25 zł, za album - 18,8 zł. - To średnie stawki przyjęte zarówno przez nas, jak i IFPI - mówi Jan Bałdyga ze ZPAV.
Taktyka straszenia pozwami i odszkodowaniami nie ograniczyła jednak ściągania. Lobby wytwórni znalazło więc nową broń: za nielegalne ściąganie chcą odcinać od sieci. We Francji politycy są o już krok od przyjęcia prawa, które nakaże operatorom odcinanie internautów na rok od sieci za naruszanie praw autorskich. Debata, czy odcinać piratów, czy nie, przetoczyła się też przez Norwegię,
Niemcy czy Wielką Brytanię. Zastanawiał się nad tym Parlament Europejski. Na razie odpowiedź europosłów brzmi: nie. Wytwórnie cisną więc też dostawców internetu. Nie bez sukcesów. Na odcinanie piratów od sieci już zgodził się irlandzki operator Eircom. W Polsce podobne zapisy do pomysłów francuskich ma w regulaminie sieć Aster.
Zwolennicy swobodnej wymiany plików czują zaciskającą się pętlę. I podejmują rękawicę. W wyborach do europarlamentu wystartuje 20 kandydatów szwedzkiej Partii Piratów. Głoszą oni, że ludzie powinni mieć prawo nieograniczonego kopiowania książek czy muzyki na prywatny użytek. Po wyroku w sprawie Zatoki Piratów w Sztokholmie oburzeni internauci zorganizowali demonstrację. W szeregach Partii Piratów w ciągu kilku dni pojawiło się kilkanaście tysięcy nowych członków. - Koncerny wygrywają na polu legislacyjnym, ale przegrywają wojnę o ludzi. O rząd dusz - twierdzi dr Wojciech Machała, specjalista od prawa autorskiego.
Zresztą nie wszyscy operatorzy są chętni, by ostro się wziąć za piratów. Tajemnicą poliszynela jest, że ściąganie plików napędza popyt na szerokopasmowy internet. Jak wynika z badania SMG/KRC z końca ub.r., gdyby nie można było ściągać plików, co dziesiąty internauta wybrałby tańszy wariant o gorszej przepustowości. A 6 proc. ankietowanych deklaruje, że w ogóle zrezygnowałoby wówczas z internetu. Ocenia się, że wymiana plików to jedna trzecia, może nawet połowa całego ruchu w sieci. Tymczasem operatorzy w Polsce zaczęli na wyścigi wprowadzać do swej oferty superszybkie łącza - 10, 12, a nawet 30 Mb/s. Po co one klientom, skoro do przeglądania stron, ściągania poczty, słuchania
radia, a nawet grania w internecie wystarcza kilkakrotnie wolniejsze? - Coraz więcej treści przenosi się do internetu - np. możemy zwiedzać słynne muzea lub egzotyczne kraje, nie ruszając się z domu, czy np. dzięki kamerom internetowym obserwować dzikie zwierzęta na żywo na wirtualnym afrykańskim safari - przekonuje śmiertelnie serio Patrycja Gołos z UPC.