- Gdyby wytwórnie spróbowały porozumieć się z fanami muzyki w internecie, zamiast ciągać ich po sądach, to dziś przemysł fonograficzny by nie upadał - to Trent Reznor, lider zespołu Nine Inch Nails, cytowany w magazynie "Wired". Reznor nie uważa, że muzyka powinna być za darmo, ale bezpłatnie udostępnia ją w internecie. - Sam tej atmosfery, do jakiej doprowadziły wytwórnie, nie zmienię - mówi.
A ściąganie i dzielenie się muzyką - o czym piszemy od kilku dni w "Gazecie" - jest zjawiskiem powszechnym. Nie tylko zresztą muzyki, bo równie chętnie internauci za darmo pobierają z sieci filmy, książki,
gry czy programy.
Koncerny chcą zaostrzać prawo, odcinać od sieci. Zdaniem Alka Tarkowskiego, socjologa UW, powinny raczej podjąć z internautami jakąś formę dyskusji. - Pomysły, aby odcinać od sieci, dyskusje w zasadzie wykluczają - twierdzi. Ma też wątpliwości, czy uda się skłonić internautów do płacenia. - Artyści i koncerny będą raczej zmuszeni do znalezienia nowych sposób zarabiania na twórczości - dodaje.
Częściowo już te nowe strumienie dolarów do ich kieszeni płyną - koncerny zarabiają choćby na sprzedaży plików w grach muzycznych, takich jak "Guitar Hero", "Rock Band" (imituje się w nich grę na instrumentach) czy w karaoke "SingStar". Do każdej z nich gracze mogą dokupywać piosenki - zwykle płacąc od 99 centów do 5 dol. Co ciekawe, potrafi się to przełożyć na wzrost sprzedaży w e-sklepach, tak jak było to z utworami zespołu Metallica - po premierze w "Rock Band" zanotowały skok o nawet 50 proc.
A przecież - obok raportów, ile tracą na piractwie internetowym koncerny - są też badania, które pokazują rzecz odwrotną. Że osoby, które pobierają muzykę z sieci P2P, nawet dziesięciokrotnie częściej niż pozostali internauci kupują piosenki w legalnie działających e-sklepach (badania wśród norweskich internautów z kwietnia br., uczelnia ekonomiczna Norwegian School of Management).
Koncerny tym tezom wiary nie dają. Artyści - już tak. Jak choćby Reznor, który dwa lata temu rozstał się z wytwórnią Interscope. Do udostępniania plików za darmo używa nawet zdominowanej przez piratów sieci BitTorrent. Jeden z albumów zespołu - "Ghost I-IV" - udostępnił w pięciu wariantach. Za darmo można było ściągnąć dziewięć piosenek, do wyboru były cztery płatne edycje. I tylko na limitowanej edycji po 300 dol. zespół zgarnął 750 tys. dol. Ostatnio limitowaną edycję albumu "The Slip" Reznor wycenił na 10 dol. I sprzedał ćwierć miliona płyt.
Chwilę wcześniej podobny ruch wykonała brytyjska grupa Radiohead, oferując na swojej stronie internetowej album "In Rainbows" w opcji "co łaska" - każdy mógł go ściągnąć, płacąc tyle, ile uznał za stosowne. W dniu premiery album ściągnięto milion razy, zapłaciło ok. 40 proc. internautów, średnio dając nieco ponad 2 dol. Udostępnienie albumu bezpłatnie nie przeszkodziło grupie zarobić też na sprzedaży płyt. Choć wciąż otwarte jest pytanie - czy podobny scenariusz byłby możliwy, gdyby chodziło o mniej znany zespół niż Radiohead czy Nine Inch Nails?
Nie tylko muzycy zdają się godzić z tym, że dla internautów dzielenie się plikami to styl życia. "Nie jesteśmy w stanie powstrzymać piractwa i nawet nie mamy takiego zamiaru - napisał w jednym z serwisów z plikami Carlos Bordeu, przedstawiciel Ace Team, niewielkiego, niezależnego producenta gry "Zeno Clash". "Ale jeśli pobierasz grę, bo chcesz ją wypróbować, to proszę, jeśli ci się spodoba, kup ją i wesprzyj niezależną scenę gier".
Podobnie internautów brała pod włos Gaba Kulka, polska jazzująca pianistka: "Jeśli podoba ci się to, co słyszysz, weź pod uwagę kupno albumu na CD, aby umożliwić kolejne nagrania. W erze file sharing i MP3 to ty stajesz się mecenasem sztuki, sam decydując o tym, za którą płytę zapłacisz" - pisała na stronie, na której niektóre utwory też udostępniała za darmo.
O tym, że coś się jednak zmienia w nastawieniu także większych graczy, świadczy niedawna historia studia Miramax. Jedna z internautek w serwisie Twitter pytała, dlaczego nie ma jeszcze filmu "Adventureland" do ściągnięcia. I osłupiała, gdy odpisał jej ktoś z... wytwórni. "Nie rób tego, Amando". "OK, nie będę ściągała tego filmu" - odparła. W zamian otrzymała kod na dwa bilety do kina. Choć może nastawienie nie tak do końca się zmieniło, bo w krótkim wpisie człowieka z wytwórni znalazł się tag #fbi.
Wkrótce: wywiad z dr. Wojciechem Machałą z UW - o kompromisie między internautami a koncernami i o tym, czy ściąganie jest legalne