Biznes Ludzie Pieniądze

Wszechwidzące oko wydawców

Rozmawiał Vadim Makarenko
01.05.2009 , aktualizacja: 03.05.2009 14:08
A A A Drukuj
Opublikowany w internecie artykuł z gazety w ciągu dnia może zostać skopiowany na innych stronach 20 razy. Do najczęściej kopiowanych należą materiały o sporcie, rozrywce i... gotowaniu - opowiada ?Gazecie? Rich Pearson z firmy Attributor.
Rich Pearson, szef działu marketingu
Attributora
Rich Pearson, szef działu marketingu Attributora
Attributor to niewielka firma, którą wydawcy angażują do wielkiej wojny o internet. W jej biurze znajdującym się w Redwood City w Krzemowej Dolinie w USA pracuje około 50 osób.

Attributor powstał w 2005 r., a w listopadzie 2007 r. uruchomił swoje oprogramowanie do śledzenia artykułów, zdjęć i plików wideo w internecie. Na starcie miał dwóch klientów - agencje Associated Press oraz Reuters, które miały możliwość korzystania z wynalazku w fazie testowej. Firma nawiązała współpracę z agencjami w pierwszej kolejności, bo ich zasięg jest globalny. Zatem jeśli system spełnia oczekiwania agencji, to jest duża szansa, że sprawdzi się również w przypadku mniejszych wydawców w różnych częściach świata.

Teraz z usług firmy korzysta 28 wydawców. Są wśród nich m.in. niemiecka agencja DPA oraz wydawcy dzienników "Frankfurter Allgemeine Zeitung", "Financial Times", a także amerykańska grupa Condé Nast - wydawca takich magazynów, jak "New Yorker", "Vanity Fair" czy "Wired". Niedawno dołączyła do nich pierwsza firma telewizyjna - Turner Broadcasting System - należąca do koncernu Time Warner i skupiająca m.in. CNN, Cartoon Network czy TNT. Z usług Attributora korzystają również wydawcy w Czechach i Austrii.

Z danych tej kalifornijskiej firmy wynika, że z tytułu nielegalnego wykorzystania materiałów w internecie wydawcy gazet tracą ok. 250 mln dolarów rocznie.

Vadim Makarenko: Jak działa wasze oprogramowanie?

Rich Pearson, szef działu marketingu Attributora: Na zasadzie porównywania baz danych. Wydawcy udostępniają nam swoje artykuły, a my oznaczamy je za pomocą naszej technologii (digital fingerprinting). Następnie nasz program zaczyna przeszukiwać zawartość internetu, a dziennie potrafi sprawdzać do 35 mld witryn, w tym 15 tys. stron informacyjnych. Potem system szuka w tekstach naszych oznaczeń i dokonuje obliczeń. Gdy pokazujemy te wyniki wydawcom, oni sprawdzają w swoich dokumentach, które z danych stron mają z nimi umowy, a które nie.

I co dalej?

- Zależy od tego, w jaki sposób są naruszane prawa autorskie. Wydawca może zareagować trojako. Może powiedzieć, że nie widzi w tym problemu, o ile właściciel witryny będzie jasno powoływał się na źródło i zamieści link do strony wydawcy.

Może też zażądać od takiej witryny pieniędzy i podpisać z nią normalną umowę na przyszłość. Innym wyjściem jest żądanie usunięcia artykułu albo usunięcia reklam ze strony, na której znajduje się artykuł. Wydawca ma prawo uznać, że jego tekst albo zdjęcie mogą być dostępne także na innych stronach, ale te strony nie mają prawa zarabiać.

Działając w ten sposób, wydawcy ograniczają dostęp do własnych tekstów w innych miejscach i przyciągają więcej ruchu na swoje strony. A to z kolei zwiększa ich przychody z reklam umieszczonych na ich stronach. To szczególnie istotne, gdy strony, które wykorzystują nielegalnie artykuły wydawców, pojawiają się wysoko w wynikach wyszukiwarek internetowych. Ponadto takie działania pomagają wydawcom zwiększyć liczbę partnerów, którzy są gotowi płacić za ich treści.

Kto wysyła wezwania?

- Wydawca albo my, jeśli nam to zlecono. Nasz system generuje te wezwania automatycznie.

A co jeśli taka witryna nie odpowiada?

- W 90 proc. przypadków wysyłanie wezwania skutkuje, ale czasem i to się zdarzy. Wtedy zabiegamy o jej usunięcie z wyszukiwarek, żeby nie była widoczna.

Zachowujecie się jak policja.

- To zależy od klienta. Niektórzy stosują twardą politykę i wysyłają wezwania do tysięcy stron jak np. agencja AP. Inni wykorzystują naszą usługę do tego, żeby zarabiać na swoich treściach. Np. "Frankfurter Allgemeine Zeitung", który udostępnia swoje archiwa dla innych witryn internetowych i pobiera za to pieniądze, bo dzięki naszemu systemowi dokładnie widzi, kto i które zasoby wykorzystuje.

Na razie wezwań do usunięcia swoich materiałów nie wysyła agencja DPA. Używając naszego systemu, sprawdza, jak jej licencjonowani partnerzy wykorzystują materiały.

Z waszych danych wynika, że na innych witrynach internetowych materiały należące do wydawców mają aż o 140 proc. więcej odsłon niż na stronach samych wydawców. Kto jest głównym beneficjentem tego zjawiska? Blogi, serwisy społecznościowe, wortale tematyczne? Niech pan wymieni kilku przestępców.

- Chciałbym odpowiedzieć: "tacy i tacy", ale to ogromna liczba mniejszych stron. Jeśli są jakieś duże witryny, które robią to nieświadomie, to zwykle szybko podpisują umowy z właścicielami wykorzystywanych materiałów.

Na pewno w tej masie jest wiele blogów. Co ciekawe, samoobsługowe programy reklamowe, jak np. AdSense firmy Google są dla przeciętnych internautów zachętą nie tylko do twórczości, ale również do wykorzystywania na swoich stronach materiałów należących do kogoś innego. Do najczęściej kopiowanych należą artykuły na temat sportu i branży rozrywkowej. Ku naszemu zaskoczeniu popularnością cieszą się też... przepisy kulinarne.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów