Biznes Ludzie Pieniądze

Zagrypiony budżet

Witold M. Orłowski
08.05.2009 , aktualizacja: 07.05.2009 20:23
A A A Drukuj
Felieton Witolda M. Orłowskiego
Witold Orłowski, doradca Price WaterhouseCoopers
Witold Orłowski, doradca Price WaterhouseCoopers
Wszystkie gwiazdy na niebie i ziemi wskazują, że z budżetem na rok 2009 trzeba będzie coś zrobić. Niestety, bo nie chodzi wcale o czynności przyjemne. I choć profesor Rostowski wytyka pesymistycznym urzędnikom Komisji Europejskiej błędy w prognozowaniu - i to z zapałem, który w innych warunkach bez wątpienia zjednałby mu uznanie i przychylność posłów PiS - nie ulega raczej wątpliwości, że samymi słowami nie da się zaczarować rzeczywistości. A zatem już niedługo (pewnie gdzieś w czerwcu, gdy spłynie nieco więcej danych statystycznych potrzebnych do oceny sytuacji) trzeba będzie usiąść do teoretycznie prostej, ale bardzo nieprzyjemnej pracy. Ocenić stan zdrowia polskiego budżetu i zaaplikować mu odpowiednią kurację. Bo od samego powtarzania, że choroba nie jest ciężka, na pewno nam budżet nie wyzdrowieje.

Zadanie dla lekarza jest - jak chyba już wspomniałem - teoretycznie dość proste. Najpierw powinien postawić diagnozę. W pierwszym kroku musi więc zadać sobie pytanie, jak wyglądała sytuacja gospodarcza Polski w pierwszym półroczu 2009. Nie będą to oceny najmilsze. Spada eksport i produkcja przemysłowa, pogarsza się koniunktura, zmniejszają się inwestycje, rośnie bezrobocie, pogarszają się nastroje konsumentów. To wszystko nie jest zaskoczeniem, choć skala problemów jest zdecydowanie większa od oczekiwań sprzed kilku miesięcy (nie mówiąc już o momencie, gdy uchwalano pierwotne założenia do budżetu). Nasi najwięksi partnerzy handlowi pogrążyli się w przerażająco głębokiej recesji, międzynarodowi gracze finansowi wycofali część kredytu zaufania dla złotego, polskie banki zaczęły bardziej troszczyć się o swoje własne bezpieczeństwo i zyskowność niż o dostarczanie kredytu dla polskich przedsiębiorstw. Efektem stanie się prawdopodobnie całkowite wyhamowanie wzrostu gospodarczego kraju w połowie roku prowadzące również do mniejszych wpływów podatkowych i większego deficytu.

Drugi krok diagnozy będzie trudniejszy od pierwszego. Lekarz musi spróbować odgadnąć, co będzie się działo w drugim półroczu. Czy spadek produkcji się zatrzyma? Czy też - co niestety bardziej prawdopodobne - eksport i popyt wewnętrzny nadal będą spadać, prowadząc do recesji? Nawet jeśli optymistycznie przyjąć, że recesja ta będzie słaba i krótkotrwała, a wzrost PKB w skali całego roku utrzyma się około zera (jak dziś przewiduje większość prognozujących), dla budżetu oznacza to potężny ubytek wpływów podatkowych w porównaniu z pierwotnymi założeniami rządu. Rząd musi więc oszacować, o ile mniej pieniędzy wpłynie do państwowej kasy. I właśnie ten szacunek brakujących miliardów - może 10, może 20, a może 30 - będzie stanowić kluczowy element diagnozy. Innymi słowy ustalenia, czy pacjent (polski budżet) cierpi na stosunkowo lekką infekcję, poważną grypę, czy też ciężkie zapalenie płuc.

Po postawieniu diagnozy lekarz powinien zaaplikować odpowiednią kurację. Na szczęście ma w apteczce aż trzy skuteczne lekarstwa, których może użyć. Niestety, każde z tych lekarstw jest zabójczo gorzkie i wiąże się z nieprzyjemnymi efektami ubocznymi.

Pierwsze lekarstwo to wzrost wpływów budżetowych. Tylko niektóre stawki podatkowe wolno podnosić w ciągu roku - tradycyjnie najpierw zwiększa się akcyzę na alkohol, tytoń i paliwa. Można też próbować zwiększyć składkę zdrowotną (w sensie prawnym to nie podatek, ale w ekonomicznym oczywiście tak), choć trzeba się tu liczyć z prawdopodobnym wetem prezydenta. Można wreszcie dokonać całego szeregu drobnych ruchów - wzrostu różnego rodzaju opłat administracyjnych, mandatów, zmian sposobu ściągania podatków, czyli wszystkiego, co może wydusić dodatkowe dochody dla budżetu. Wzrost podatków ma jednak bardzo złe efekty uboczne - obniża dodatkowo popyt rynkowy, nie wspominając już o tym, że rozwściecza ludzi.

Drugie lekarstwo, bardziej pożądane w obliczu kryzysu, to obniżka wydatków. Niektórych typów wydatków ciąć nie wolno - np. naszego wkładu do inwestycji finansowanych przez Unię - bo efekty gospodarcze byłyby katastrofalne (spadek PKB, który pożarłby wszelkie ewentualne oszczędności). Tam, gdzie cięcia byłyby możliwe i nawet wskazane (np. w zakresie fundowania przez KRUS bogatym rolnikom emerytur), politycy zadbają już o to, aby ani grosika nie dało się uszczknąć. Podobnie staną murem w obronie tej części pieniędzy, która marnowana jest w górnictwie, służbie zdrowia czy obronie narodowej. Skończy się więc pewnie na tym co zawsze - możliwych do dokonania oszczędnościach na inwestycjach, podróżach, tonerze do drukarek oraz na zahamowaniu wzrostu wynagrodzeń w budżetówce. Gigantycznym wysiłkiem można w ten sposób dokonać dość znacznych oszczędności, ale za cenę protestów, demonstracji i pogorszenia jakości usług publicznych.

No i wreszcie trzecie lekarstwo - wzrost deficytu budżetowego. Dla znacznej części polityków to lekarstwo nie jest gorzkie, ale słodkie jak miód (cud, pieniądze znikąd!). Niestety, dla ekonomistów jest wyjątkowo niesmaczne. Każdy deficyt trzeba sfinansować, dziś zadłużając dalej państwo, a w przyszłości spłacając więcej długów. Co gorsza, nadmierny wzrost deficytu może spowodować wzrost stóp procentowych, po których rząd pożycza pieniądze, i doprowadzić do dalszego osłabienia złotego. A to nie tylko pogorszyłoby sytuację gospodarczą Polski, ale spowodowałoby konieczność zwiększenia wydatków budżetu na obsługę zadłużenia, pożerając znaczną część korzyści ze wzrostu deficytu. Jak rząd nie będzie miał wyjścia, oczywiście zwiększy deficyt. Ale ze świadomością, że jest to lekarstwo, które niesie ze sobą co najmniej tyle samo kłopotów co korzyści.

No i mamy jak na dłoni problem, przed którym stoi lekarz. Jednego cudownego lekarstwa na chorobę budżetu nie ma. Trzeba znaleźć odpowiednią kombinację wszystkich trzech lekarstw, dawkując ich siłę w zależności od diagnozy stanu chorego. Każde lekarstwo będzie bardzo gorzkie, a żadnego nie da się użyć w nadmiarze, bo skutki mogą być opłakane.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów