- Jesienią grozi nam masowe zamykanie gospodarstw. Wiele już teraz ciągnie mocno poniżej granicy opłacalności - alarmuje Romuald Schaber, szef niemieckiego związku hodowców bydła mlecznego. Z jego wyliczeń wynika, że w północnych i wschodnich Niemczech zlikwidowane mogą zostać stada liczące po 1 tys. krów i więcej. Wszystkiemu winne są wielkie sieci dyskontów spożywczych. By w dobie kryzysu przyciągnąć klientów, obniżyły cenę mleka z 55 do 48 centów za litr. Hodowca krów za litr dostanie w skupie więc za litr 20-25 centów. - To za mało! - twierdzi Schaber. Jego zdaniem, by produkcja mleka się opłacała, litr w skupie musi kosztować co najmniej 10 centów więcej.
Właściciele dyskontów wzruszają jednak w ramionami, mówiąc, że takie są prawa rynku. - Nie my jesteśmy winni, tylko producenci. Ceny spadają przez nadprodukcję, która wynosi około 18 proc. - mówi na łamach "Neue Osnabrücker Zeitung" Hubertus Pellengahr, rzecznik związku handlu detalicznego.
Rolnicy już odgrażają się, że wstrzymają dostawy mleka i zablokują traktorami wjazd do skupów.
Ich groźby należy traktować poważnie. Rok temu, gdy mleczarze nie mogli doprosić się podwyżki ceny z 30 do 43 centów za litr, zablokowali mleczarnie w całym kraju. Nie dość, że fabryki spożywcze nie miały zapasów, to na dodatek
Niemcy spanikowali i zaczęli wykupywać produkty mleczne na zapas. Pod taką presją sieci handlowe musiały ustąpić.
W tym roku rolnicy są jeszcze bardziej zdeterminowani. Bawarski oddział stowarzyszenia hodowców bydła wzywa już do bojkotu supermarketów. - Nie kupujcie mleka u tych szantażystów - apelują.