Nad projektem rząd deliberował od marca, jego przyjęcie uniemożliwiał spór między resortami gospodarki i skarbu. W końcu miesiąc temu do akcji wkroczyła Komisja Europejska, która pozwała Polskę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości za niewdrożenie unijnych przepisów o bezpieczeństwie energetycznym. Być może to spowodowało, że rząd w końcu przyjął projekt.
O wiele większe znaczenie mają jednak przepisy, które zmuszają koncerny energetyczne do sprzedaży prądu przez giełdę. Rząd jest bowiem zaniepokojony ogromnymi wzrostami cen prądu dla firm. Urząd Regulacji Energetyki uwolnił je w 2008 r., od tego czasu ceny wzrosły o 70-100 proc. Wciąż regulowane ceny dla gospodarstw domowych - tylko o blisko 20 proc. Podwyżka wywołała ogromną falę protestów ze strony dotkniętego kryzysem przemysłu. Rząd chce więc pobudzić konkurencję wśród firm energetycznych, bo rozwojowi rynku bardzo zaszkodziła dokonana przez rząd PiS konsolidacja sektora. Połączono państwowe elektrownie z zakładami energetycznymi, tworząc cztery wielkie spółki: Polską Grupę Energetyczną, Tauron, Eneę i Energę.
Zgodnie z przyjętym przez rząd projektem te cztery firmy od 2011 r. będą musiały sprzedawać 30 proc. poprzez giełdę energii lub na przetargach. W 2014 r. - 40 proc., a rok później ma to być aż 50 proc. Cel: zapewnienie "publicznego i jawnego dostępu do energii" - czytamy w uzasadnieniu.
Rząd wzoruje się na Hiszpanii, gdzie także istnieje przymus sprzedawania energii elektrycznej przez giełdę.
URE dostanie bat Potężną broń w walce z koncernami dostanie też do ręki prezes URE. Jeśli stwierdzi, że któryś z czterech potentatów nadużywa swej dominującej pozycji, będzie mógł narzucić mu cenę, po jakiej ma sprzedawać prąd. Ten przepis budzi ogromny sprzeciw wśród firm energetycznych, które się boją, że URE będzie je zmuszał do sprzedaży energii poniżej kosztów i bardzo utrudni negocjacje z bankami. Energetyka potrzebuje wielomiliardowych kredytów, tymczasem banki zakręciły kurek. - Nowe przepisy spowodują niewątpliwie, że banki będą jeszcze ostrożniejsze. Banki lubią stabilność, a przymus giełdowy i możliwość wprowadzenia administracyjnej ceny spowodują, że będziemy jeszcze ostrożniejsi - mówi "Gazecie" szef działu inwestycyjnego jednego z największych banków.
Jeśli firmy energetyczne nie będą miały pieniędzy na inwestycje, to za kilka lat
Polska będzie miała problem - stare, wybudowane jeszcze w PRL elektrownie zakończą swój żywot, a nowych nie będzie. Na ich wybudowanie potrzebne jest od 30 do 50 mld zł.
Rząd podzielił się energią W projekcie nowego prawa rząd podzielił też między resorty gospodarki i skarbu strefy wpływów w energetyce. - Sektor gazowy i paliwowy pozostanie pod wyłączną decyzją Ministerstwa Skarbu - powiedział wicepremier Waldemar Pawlak na konferencji prasowej. Pod nadzór Ministerstwa Gospodarki trafi natomiast spółka PSE Operator zarządzająca siecią przesyłu energii elektrycznej. Ale resort gospodarki nie będzie miał pełni władzy nad prądem, bo Ministerstwo Skarbu zachowa nadzór nad firmami, które mają elektrownie i zajmują się dystrybucją elektryczności.
Ministerstwo Skarbu rządzi już koncernami naftowymi PKN Orlen i Grupą Lotos, a także Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem - monopolistą na krajowym rynku gazu. Teraz resort Aleksandra Grada zyska pełną władzę również nad firmami, które zajmują się transportem gazu, ropy naftowej, paliw oraz ich magazynowaniem. Są to:
- Gaz-System, właściciel krajowej sieci gazociągów, odpowiedzialny także za budowę gazoportu w Świnoujściu;
- PERN Przyjaźń, właściciel ropociągów tłoczących ropę z Rosji do rafinerii w Polsce i Niemczech, kontrolujący też Naftoport w Gdańsku;
- OLPP, do którego należą główne magazyny paliw w Polsce.
Minister Grad już od kilku miesięcy budował kadrowe zaplecze w tym imperium. Z władz spółek gazowych i paliwowych zaczął nagle odwoływać ludzi wybranych kilka miesięcy wcześniej w konkursach, zastępując ich nominatami bez konkursu, często politykami Platformy Obywatelskiej. Szefem PERN został np. Robert Soszyński, polityk PO z Warszawy, który wcześniej nie miał nic wspólnego z branżą paliwową. Jego zastępcą (z konkursu) jest Marek Litka, działacz PO z Gdańska. A do rad PERN i Gaz-Systemu minister Grad powołał Rafała Wardzińskiego (b. kandydat na posła z list PO, od roku zatrudniony w resorcie skarbu).
W środę może dojść do roszad w OLPP. Zmiany w zarządzie są w programie rady nadzorczej spółki - potwierdziła nam szefowa rady Katarzyna Dawidczyk, odmawiając dalszych informacji. W branży paliwowej spekuluje się, że wymiana zarządu ma ułatwić przejęcie OLPP przez PERN. O takim kroku zaplanowanym przez resort skarbu mówił dziennikarzom w kwietniu szef PERN. Zgodnie z obowiązującym programem rządowym obie spółki miały działać niezależnie, ale zdaniem Ministerstwa Skarbu przejęcie OLPP przez PERN nie będzie sprzeczne z programem.
Decyzje rządu budzą konsternację ekspertów. - Nie rozumiem tych decyzji. To są gierki personalne w administracji, które nie mają nic wspólnego ze strategią dla tych branż. Ministerstwo Gospodarki jest przecież odpowiedzialne za bezpieczeństwo energetyczne i zostanie bez wpływu na firmy, od których zależy to bezpieczeństwo - dziwi się Tomasz Chmal, ekspert Instytutu Sobieskiego. - To zdecydowanie złe rozwiązanie, niczym nieuzasadnione - mówi Janusz Steinhoff, wicepremier w rządzie Jerzego Buzka. - Ministerstwo Skarbu powinno się skupić na
prywatyzacji oraz nadzorze nad realizacją polityki w energetyce, o której decyduje rząd z inicjatywy ministra gospodarki. Bez nadzoru nad operatorami Ministerstwo Gospodarki zostanie pozbawione instrumentów do prowadzenia polityki energetycznej. To zaciera kompetencje między ministrami i zamazuje ich odpowiedzialność - uważa Steinhoff.