Według wstępnych danych w I kwartale tego roku banki miały o połowę gorsze wyniki niż przed rokiem. Co gorsza, spada też współczynnik wypłacalności całego sektora. Przy dalszym spowolnieniu gospodarki i osłabieniu się złotego konieczne może być więc zwiększenie kapitałów sektora bankowego. Inaczej grozi nam dalsze ograniczanie akcji kredytowej. Ale czy samo zasilenie bankowych kapitałów wystarczy, by kredyt zaczął krążyć w gospodarce? Pozostaną jeszcze inne problemy, choćby cena kredytu. Jest on drogi, bo bank uwzględnia w jego cenie ryzyko związane z sytuacją na rynkach finansowych i w gospodarce: to że spada im wartość zabezpieczeń, pod które udzieliły kredytów, że coraz trudniej o dostęp do płynności, wreszcie po prostu nie chcą sobie brać kolejnych problemów na głowę. A drogi kredyt, zwłaszcza przy wątpliwych perspektywach gospodarczych, coraz mniej interesuje też przedsiębiorców. Wolą odłożyć plany inwestycyjne na później.
Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) ma niewielki wpływ na cenę kredytu i popyt. Musi za to pilnować odpowiedniej wielkości kapitałów sektora bankowego. Nie tylko po to, by dbać o bezpieczeństwo banków, a więc zgromadzonych tam pieniędzy klientów. Odpowiednie kapitały dają także bankom możliwość rozwoju, czyli m.in. udzielania większej ilości kredytów.
Banki muszą mieć pieniądze, żeby pożyczać Problem w tym, że dbałość KNF o wielkość kapitałów banków rozmija się zupełnie z modnym ostatnio wśród bankowców pojęciem nadzoru antycyklicznego. Cóż to jest ów nadzór antycykliczny? Nadzór, który działa wbrew gospodarczym trendom, a więc w trudnych chwilach rozluźnia wymogi ostrożnościowe dla banków, dzięki czemu mogą one udzielać więcej kredytów. Ale w tym prostym rozumowaniu widać kilka usterek:
• Nie da się odkręcić kurka z kredytami bez dokapitalizowania banków. Jest to prostą konsekwencją zapisów ustawy prawo bankowe, zgodnie z którymi współczynnik wypłacalności banku (czyli stosunek kapitałów własnych do aktywów, np. kredytów) powinien wynosić 8 proc. Tymczasem wypłacalność sektora bankowego obniżyła się z 13,8 proc. na koniec 2007 r. do 10,9 proc. na koniec 2008 r. Co gorsza, nadal przejawia tendencję spadkową, a więc zmierza do ustawowego minimum. Widać wyraźnie, że bez wzmocnienia kapitałowego banków kredytów nie będzie. A zatem w czasach spowolnienia gospodarczego polityka antycykliczna, która miałaby oznaczać mniejszą troskę o kapitały banków, mogłaby doprowadzić do całkowitego zatrzymania akcji kredytowej.
• Nie sposób prowadzić działalności bankowej bez utrzymania odpowiedniej płynności. Płynność finansowa banków to zdolność finansowania wzrostu aktywów (np. udzielania kredytów) i terminowego wywiązywania się ze zobowiązań. Tylko banki z odpowiednią płynnością gwarantują klientom bezpieczeństwo powierzonych pieniędzy. W styczniu ub. r. weszła w życie uchwała nadzoru określająca normy płynności. Niektórzy uważają ją za przykład procyklicznej polityki nadzorczej, polegającej na zaostrzaniu norm w czasach kryzysu. Błąd. Spowolnienie gospodarcze pogarsza sytuację finansową kredytobiorców, a w konsekwencji - jakość portfeli kredytowych (czyli rośnie ryzyko, że niektóre z nich nie zostaną spłacone). W efekcie obniża się poziom płynności w bankach, a jednocześnie brakuje płynności na rynkach finansowych.
Zmobilizowanie banków do roztropniejszego zarządzania płynnością już w I półroczu 2008 r., po rekordowych rocznych wynikach sektora w 2007 r., było dobrym posunięciem. Powstrzymało to odpływ pieniędzy za granicę, do spółek-matek. Zarządy banków w negocjacjach z właścicielami miały dodatkowy argument za pozostawieniem wypracowanych zysków w Polsce.
• Podtrzymanie akcji kredytowej nie zależy wyłącznie od czynników krajowych. Sytuacja gospodarcza oraz sytuacja na rynku finansowym w Polsce są związane z kryzysem na całym świecie.
Polska wszak nie jest mocarstwem.
• Rozluźnianie standardów nadzorczych w Polsce byłoby sprzeczne ze światowymi tendencjami. Nadzory w Europie i
USA zgodnie dążą do podwyższenia relacji kapitałów do aktywów. Tak było w przypadku holenderskiej grupy ING oraz francuskich grup BNP Paribas i Societe Generale. Przeprowadzone niedawno w USA stress-testy pokazały, że także amerykańscy giganci - m.in. Citigroup i Bank of America - muszą uzupełnić kapitały. Działania w kierunku podniesienia współczynnika wypłacalności banków powyżej akceptowanego dotychczas poziomu podejmują również
Wielka Brytania,
Szwajcaria,
Niemcy czy Włochy.
Złudna moda na antycykliczność Należy też pamiętać, że KNF przejęła pieczę nad sektorem bankowym dopiero kilkanaście miesięcy temu. A jak wyglądała polityka nadzoru wcześniej? Czy wzrost akcji kredytowej o kilkadziesiąt procent ostatnimi laty przy jednoczesnym silnym wzroście gospodarczym był działaniem pro- czy antycyklicznym? Jakie konsekwencje będzie miało dla banków to, że niektóre aktywa dziś wymagają dokonywania odpisów i jednocześnie obniżają im płynność? Czy zatem liberalna polityka kredytowa nie wygenerowała problemów, z którymi teraz, w sytuacji spowolnienia, przyjdzie się nam zmagać? I czy ta scheda jest pro-, czy antycykliczna?
Postulat antycykliczności polityki formułowany jest zresztą ostatnio także wobec ministra finansów. Wielu ekspertów, na których nie ciąży konstytucyjna odpowiedzialność za stan finansów publicznych, opowiada się za zwiększaniem deficytu budżetowego, bo to napędzi koniunkturę gospodarczą. Idąc tym tropem trzeba by uznać, że deficyt w wysokości 40 mld zł byłby bardziej antycykliczny od 18 mld zł. Tyle że brakuje tu refleksji na temat kosztów sfinansowania rosnącego zadłużenia i procyklicznym charakterze tychże kosztów.
Także polityka nadzorcza może mieć wpływ na sferę budżetową. Luzowanie norm ostrożnościowych, w krótkiej perspektywie postrzegane jako "antycykliczne", w dłuższym horyzoncie zwiększa ryzyko bankructwa instytucji finansowych. Koszt tego ryzyka, jak pokazują światowe doświadczenia ostatnich miesięcy, ponosi przeważnie budżet państwa. Na dodatek nie wiemy, w jakim punkcie cyklu koniunkturalnego się znajdujemy. Wiadomo, że jesteśmy w dołku. Ale w kwestii tego jak długo w nim zabawimy, jak jest głęboki i w jakim tempie i kierunku będziemy się w nim poruszać, wiadomości brak. W związku z tym trudno nawet ustalić, w jakim stopniu i na jak długo można byłoby poluzować wymogi ostrożnościowe, aby polski sektor bankowy nie podążył śladem renomowanych banków zza oceanu.
Nie warto więc ulegać modzie na antycykliczność. Zamiast obniżać wymogi ostrożnościowe lepiej koncentrować się na poszukiwaniu kapitałów, by sprostać tym wymogom. Tu rysuje się kilka możliwości:
• Uzyskanie wsparcia od zagranicznych matek polskich banków. Różnica pomiędzy zobowiązaniami a należnościami polskiego sektora wobec zagranicznych instytucji finansowych w 2008 r. wyniosła 115 mld zł. Rok wcześniej, zanim nadzór wszedł w struktury KNF, było to 25 mld zł. Jest to miara skuteczności w egzekwowaniu od zagranicznych właścicieli płynności dla polskich banków. Podobnie rzecz się ma z wypłatą dywidendy. W ubiegłym roku właściciele polskich banków znacznie ograniczyli wypłaty dywidendy, a w tym roku zapowiadają całkowitą rezygnację z jej wypłacania. To dodatkowe kilkanaście miliardów złotych, które zasilą kapitały polskich banków.
• Poszerzenie istniejącego akcjonariatu. Zmiany w akcjonariacie nie zawsze podobają się obecnym właścicielom. Dlatego warto rozważyć zaangażowanie się dużego akcjonariusza pasywnego, który mógłby wesprzeć banki kapitałowo i równocześnie pozwolił na zachowanie obecnej struktury zarządzania spółką. W taki właśnie sposób działa Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, na współpracy z którym Polska mocno skorzystała w latach 90.
• Zmiany przepisów. W nadzorze trwają prace nad tym, żeby banki mogły zaliczać do kapitałów podstawowych takie instrumenty finansowe, których w określonym czasie, bez zgody KNF, nie można z banku wycofać. To może pozwolić zwiększyć kapitały banków i w konsekwencji podtrzymać akcję kredytową.
* dyrektor zarządzający pionem międzysektorowym w Komisji Nadzoru Finansowego