- Najsłabsi zbankrutują. Przede wszystkim ci, którzy nie mają gotówki w kasie, tylko mnóstwo kredytów na rozbudowę sieci. Wielkość firmy nie ma znaczenia - uważa Piotr Haman, szef firmy Merchandiser doradzającej wielkim sieciom handlowym.
- Nikt się nie spodziewał, że ten kryzys będzie tak wielki - rozkłada ręce Marek Banasiak, szef Monnari. Jego spółka sprzedaje
ekskluzywne ubrania dla kobiet yuppie. Kilka dni temu złożyła wniosek o upadłość. - Kryzys spowoduje nieprawdopodobne zmiany. A w mojej branży zmiany największe - twierdzi Banasiak.
Życie na kredyt W połowie ubiegłego roku Vistula połknęła firmę jubilerską Kruk, ale zrobiła to na krótkoterminowy kredyt na prawie 300 mln zł. Media się ekscytowały, pisząc o pierwszym wrogim przejęciu na giełdzie. Ówczesny prezes Vistuli Rafał Bauer lansował się w czerwonym ferrari z napisem Wólczanka i rejestracją NEL - od imienia córki. Kruk miał być krokiem do "budowy polskiej grupy na wzór LVMH, najbardziej prestiżowego domu marek na świecie (m.in.
Louis Vuitton, Hennessy,
Dior)". Spółka miała wprowadzić na polski rynek ciuchy słynnego amerykańskiego GAP-a, otworzyć 150 nowych sklepów. I podwoić przychody do miliarda złotych.
Dziś Vistula ma prawie 160 mln zł straty za ubiegły rok. I kilkanaście dni temu złożyła wniosek o upadłość Galerii Centrum (dawne peerelowskie Państwowe Domy Towarowe), gdzie jeszcze niedawno miała powstać sieć luksusowych sklepów.
Spółek w mniejszych i większych kłopotach z miesiąca na miesiąc przybywa:
Monnari, Reporter, Gino Rossi czy Redan (Top Secret, Troll). Sieci, które miały podbić Europę, dziś zamykają sklepy. Gino Rossi złożył 22 kwietnia w Berlinie wniosek o upadłość swojej niemieckiej spółki Lugano (11 sklepów). Redan ma zamiar zlikwidować spółki w Czechach i na Słowacji. W Polsce ma zamknąć ponad 30 sklepów Troll.
To spółki odzieżowe. Ale tak naprawdę właściciel niemal każdego sklepu w centrum handlowym patrzy w przyszłość z niepokojem. Najbardziej boją się ci, którzy kojarzeni są ze zbytkiem: kawiarnie (konsumenci coraz częściej rezygnują z filiżanki latte za 10 zł), restauracje (problemy z płynnością miała choćby sieć Sphinks, której nowy właściciel założyciel Dominet Banku Sylwester Cacek pożyczył 30 mln zł na spłacenie długów i bieżącą działalność), salony z wyposażeniem wnętrz i artykułami kuchennymi oraz sklepy z elektroniką i AGD.
Scenariusz show pt. "wpadamy w kłopoty" wyglądał zazwyczaj tak: firma otwierała dużo sklepów albo przejmowała konkurentów. Wszystko za pożyczone pieniądze. - W ostatnich kilku latach było tak, że frajerem był ten, kto nie brał kredytu - twierdzi Ryszard Petru, ekonomista. Wiele firm uwierzyło że hossa będzie trwać wiecznie. Firma brała jednego roku kredyt inwestycyjny, w następnym roku kolejny. Błędnie zakładając, że każdy rok będzie lepszy od poprzedniego.
Bo to wielki kryzys jest Kredyty to jedno. Ale w centrach jest też mniej klientów, zdaniem Piotra Kaszyńskiego z firmy doradczej Cushman & Wakefield od 5 do 10 proc. I kupują mniej. - Z zakupami wstrzymała się grupa kobiet w wieku 30 plus. Woli oszczędzać. Mamy sprzedaż na metrze kwadratowym o 33 proc. mniejszą niż przed rokiem - ocenia Banasiak.
Nawet popcornu w kinach sprzedaje się mniej niż przed rokiem.
Koszty za to są dużo większe. Tlen sklepom zabiera przede wszystkim słaba złotówka. Czynsze w centrach rozliczane są w euro. Zgodnie z raportem Cushman & Wakefield w pierwszym kwartale tego roku koszt najmu wzrósł nawet o 30-40 proc.
Średniej wielkości sklep płaci w dobrym centrum np. 40-50 euro za m kw. miesięcznie. Przed rokiem było to np. 20 tys. zł miesięcznie, teraz już prawie 30 tys. zł.
Większość sieci - zwłaszcza odzieżowych - zakupy robi za granicą. Płaci w euro albo w dolarach - np. w rozliczeniach z Chinami. Jednak towar sprzedaje w większości za złotówki. Spadają więc marże (już i tak niskie, bo klienci wybierają tańsze rzeczy). Od początku roku wzrosły też o jedną trzecią rachunki za prąd.
Efekt? Sieci robią wyprzedaże, żeby za wszelką cenę zdobyć gotówkę. W promocyjnych cenach wystawiany jest nawet towar z najnowszych kolekcji, na którym do tej pory zarabiało się najwięcej. I tną koszty. - Cały czas przychodzą do nas najemcy i chcą negocjować stawki czynszu - opowiada przedstawiciel kilku dużych centrów handlowych. - Rozmowy są trudne. Jeżeli komuś się wydaje, że od ręki dajemy zniżkę, to jest w błędzie. Badamy przede wszystkim obroty sklepu.
Zniżki najczęściej udaje się wywalczyć tzw. kotwicom - bardzo dużym firmom wchodzącym do centrum z kilkoma różnymi markami sklepów np. Empik Media & Fashion (m.in. Empik i Smyk), hipermarketom i wielkim sklepom z elektroniką.
Walka o obniżkę czynszu jest łatwiejsza niż zlikwidowanie sklepu. Umowy z centrami handlowymi sieci podpisują na pięć do dziesięciu lat. Ich zerwanie z winy najemcy wiąże się najczęściej z koniecznością zapłaty czynszu za 12 miesięcy.
Wyprzedaż czas zacząć W centrach rozpoczął się festiwal obniżek i wyprzedaży, który potrwa przynajmniej przez najbliższe kilka miesięcy. Im większe problemy sieci, tym większe będą promocje. Za kilka miesięcy mocno spadnie też jakość sprzedawanych towarów, zwłaszcza ubrań. Sklepy tną koszty głównie na jakości zamawianych produktów.
Kryzys oznacza także dla wielu sieci koniec marzeń o stworzeniu europejskich koncernów. - Firmy nie będą tak szybko podbijać rynku, będą bały się kredytów - uważa Petru. Operujące w centrach handlowych sieci już zapowiadają ostre cięcia planów inwestycyjnych. Kilka dni temu LPP (właściciel m.in. Reserved,
Cropp House) ogłosiło, że w tym roku na otwarcia nowych sklepów przeznaczy 65 mln zł, o połowę mniej niż rok temu. Wiceprezes spółki Dariusz Pachla otwarcie zapowiada, że nowe sklepy będą w niższym standardzie, w mniej atrakcyjnych miejscach.
Roman Kluska, były właściciel Optimusa (sprzedał jego udziały, gdy był na szczycie), uważa, że firmy potrzebują bolesnej kuracji. - Mam tu inne zdanie niż wielu sławnych ekonomistów. Nie trzeba ratować bankruta i zarządu, który popełnił błąd. Firma musi zbankrutować. Po to, aby ludzie, którzy doprowadzili do błędów, nie brali się w przyszłości za biznes na wielką skalę - twierdzi Kluska.
Banasiak: - Nie ma firm, nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Jednak dopóki się żyje, jest czas na ich naprawę.