Internet, choć ma już setki milionów stron, zawiera zaledwie 15-20 proc. dostępnych na świecie informacji. Reszta znajduje się poza siecią - w bibliotekach. Philippe Colombet odpowiedzialny w amerykańskim koncernie internetowym za program
Google Book Search pokazuje obrazek: po jednej stronie stoi symbolizujący internet laptop, a po drugiej leży stos książek. - Misją Google jest organizacja informacji na całym świecie i ułatwienie dostępu do niej. Ale jakościowa informacja nie jest tu - zaznacza Colombet, wskazując komputer - lecz tu - mówi, wskazując książki.
Google chce, żeby przeszukiwanie książek było równie łatwe jak przeszukiwanie zawartości stron internetowych, i od 2004 r. skanuje książki znajdujące się zarówno w amerykańskich, jak i w europejskich bibliotekach. Równolegle zachęca wydawnictwa do przystąpienia do tego projektu i udostępnienia cyfrowych kopii tekstów książek. Podejmujący współpracę wydawca może decydować o tym, czy jego książka w ogóle ma pojawiać się w wynikach wyszukiwania, a jeśli tak, to w jakiej formie. Może zdecydować, że internauta będzie mógł zobaczyć 5 albo 50 proc. książki. Albo zrobić jak Michelin, który udostępnił swoje przewodniki w całości. - Oni wyszli z założenia, że ludzie potrzebują przewodników w podróży, a ich oglądanie w sieci nie zmniejszy sprzedaży - tłumaczy Colombet i podkreśla, że zamieszczone w Google Book Search książki albo ich fragmenty są zabezpieczone przed kopiowaniem i drukowaniem.
Do tej pory współpracę z Google'em nawiązało 20 tys. wydawnictw z całego świata, w tym Random House, HarperCollins, Hyperion, Pearson czy Oxford University Press. W Polsce są to: WSiP, WNT oraz Wolters Kluwer
Polska. Koncern próbuje namówić Bibliotekę Narodową do zeskanowania jej zbiorów, jednak na razie żadne decyzje nie zapadły.
Do tej pory internetowemu gigantowi udało się przekształcić w pliki już 7 mln tomów na całym świecie. Sęk w tym, że większość z nich została zeskanowana bez zgody wydawców i autorów. Google uruchomił projekt na własną rękę, powołując się na klauzulę dozwolonego użytku. Amerykańskie wydawnictwa pozwały giganta do sądu w 2005 r., ale jesienią 2008 r. strony zawarły ugodę. Daje ona wydawcom 63 proc. dochodów z tytułu wykorzystywania ich książek oraz zobowiązuje koncern do wydania 125 mln dol. na stworzenie rejestru praw autorskich. Wydawcy, którzy chcą dołączyć do ugody z koncernem i czerpać z tego profity, muszą do 4 września 2009 r. wypełnić specjalny formularz w sieci.
Ugoda zawarta w amerykańskim sądzie dotyczy też po części polskich wydawców, gdyż ich książki oraz przekłady znajdują się w bibliotekach za oceanem. - Zimą i wiosną zamieściliśmy ogłoszenia w prasie i internecie. Odbyły się spotkania z Polska Izbą Książki - mówi Marta Jóźwiak, rzeczniczka Google Polska. Jednak dwa tygodnie temu "Rzeczpospolita" poinformowała, że mimo to polscy wydawcy i autorzy nie są świadomi problemu.
Dlaczego sam koncern nie zgłasza się do wydawców? - Nie zawsze wiemy, kto jest autorem praw. Zwykle jest to wydawca, ale czasem jest to sam autor. Są też inne, bardziej skomplikowane przypadki. Nie możemy zgadywać - tłumaczy Colombet.