Statystycy mogą triumfować: tematem dnia jest w Polsce tempo wzrostu
PKB w pierwszym kwartale 2009 r. Kiedy piszę te słowa, dane GUS nie są jeszcze znane, ale nawet z ust wysokich urzędników tej szacownej instytucji padają pilnie podchwytywane przez prasę przecieki ("nieco ponad zero"). Minister Rostowski niemal całą obronę przyjętej przez rząd strategii radzenia sobie z kryzysem oparł, jak na reducie Ordona, na tej właśnie liczbie: jeśli okaże się ona wyższa niż 1 proc., będzie to ostatecznym i niepodważalnym dowodem tego, jak świetnie radzi sobie gospodarka. Posłowie PiS zapewne trzymają kciuki za to, by wyszło poniżej zera, bo to z kolei dowodziłoby jej kompletnej ruiny. Analitycy bankowi strzelają w lewo i prawo, od spadków o pół procent, do wzrostu o półtora (czytając niektóre z cytowanych komentarzy, mam jednak poważne wątpliwości, czy wszyscy ich autorzy zdają sobie sprawę z tego, w jaki sposób liczy się PKB). Słowem, na ogłoszenie przez GUS danych wszyscy czekają jak na wyniki losowania totolotka - i to z wyjątkową kumulacją wygranej! Parę rzeczy wymaga jednak sprostowania. Po pierwsze, warto byłoby, aby rozemocjonowani oczekiwaniem komentatorzy zdali sobie sprawę z tego, że od ogłoszonego przez GUS wyniku za pierwszy kwartał 2009 wcale aż tak wiele nie zależy. Nie ma cienia wątpliwości, że gospodarka polska systematycznie spowalnia, a dynamika PKB spadła już gdzieś w okolice zera. Czy jest to 1 proc., czy 0 proc., nie ma wielkiego znaczenia, bo jeśli nawet jeszcze w pierwszym kwartale będziemy w lekkim wzroście, to w drugim niemal na pewno zbliżymy się do zera. Efekty tego widzimy coraz wyraźniej: rośnie
bezrobocie (wciąż jeszcze stosunkowo wolno), spada sprzedaż wyrobów przemysłowych, obniżają się obroty handlu, wyhamowują realne płace. Systematycznemu pogorszeniu ulegają również nastroje konsumentów i przedsiębiorców. Słowem, mamy w gospodarce zjawiska recesyjne, a biorąc pod uwagę skalę załamania się nastrojów, nie zawaham się powiedzieć, że mamy kryzys. Oczywiście, póki nie nastąpią dwa kolejne kwartały spadku PKB (mierzonego nieco inaczej, niż zwykle to robimy w Polsce, bo w stosunku do poprzedniego kwartału - taki spadek może wystąpić już obecnie, nawet jeśli GUS ogłosi, że PKB wzrósł w stosunku do I kwartału 2008 r.), możemy z dumą twierdzić, że jesteśmy ostatnią dużą gospodarką europejską, w której nie ma jeszcze pełnej recesji. Ale ma to znaczenie bardziej symboliczne niż realne. Po drugie, purystom kłócącym się o to, czy mamy +0,5 proc. czy -0,5 proc. zmiany PKB, warto przypomnieć, że ogłaszany przez urzędy statystyczne PKB jest jedynie bardzo przybliżonym szacunkiem wielkości produkcji rzeczywiście wytworzonej w gospodarce. Nie jesteśmy w stanie precyzyjnie zmierzyć całej produkcji, bo żaden urząd statystyczny na świecie nie zbiera informacji ze wszystkich firm, zwłaszcza z małych. Część tych informacji jest zresztą nie do zdobycia - choćby doliczany do PKB rachunek szarej strefy, opierający się na licznych założeniach i wynikach badań ankietowych. Aby przejść od zmian oszacowanej wartości PKB do zmian realnej wielkości produkcji (a ta liczba nas właśnie interesuje), statystycy muszą dokonać pomiaru przeciętnego wzrostu cen w gospodarce. Ponownie, uzyskujemy w ten sposób jedynie przybliżony szacunek. Błędy nakładają się na siebie, dochodzą do tego błędy inne - choćby wynikające ze spóźnionego spływania niektórych danych albo wręcz błędów popełnionych początkowo przy ich analizie (to dotyczy zwłaszcza ogłaszanych przez GUS kategorii popytu składających się na PKB, takich jak spożycie i inwestycje). W rezultacie liczba, którą ogłasza urząd statystyczny jako tempo wzrostu PKB, to tylko grube oszacowanie, które należy przyjmować z całą ostrożnością. Opublikowane 0 proc. wzrostu oznacza zazwyczaj, że rzeczywisty wzrost mieścił się gdzieś w przedziale między -1 proc. a +1 proc. (im wyższa w kraju
inflacja, tym większy błąd można popełnić). Po trzecie, niezależnie od tego, czy GUS ogłosi 0 proc., czy 1 proc. wzrostu w pierwszym kwartale 2009, nie ulega wątpliwości że na tle reszty Europy wyniki gospodarcze Polski są niezłe - w większości gospodarek kontynentu odnotowuje się bardzo silne spadki PKB, a w przypadku rekordzistów (Łotwy i Ukrainy) spadki te przekraczają 20 proc. Po czwarte wreszcie - i najważniejsze - wyniki PKB Polski z pierwszego kwartału nie są wcale aż tak ważne dla oceny sytuacji gospodarczej. Z jednej strony gołym okiem widać, że w Polsce ani nie nastąpiła żadna katastrofa, ani nie ustał proces wyhamowywania gospodarki. Z drugiej zaś, od tego, co zdarzyło się w pierwszym kwartale, znacznie ważniejsze jest to, co będzie się działo w drugim półroczu 2009. Czy proces spadku aktywności gospodarczej w Polsce i głównych krajach europejskich zatrzyma się, czy też nie? Czy
eksport i inwestycje zaczną wreszcie stabilizować się po silnym ograniczeniu w pierwszej połowie roku? To dopiero zadecyduje o tym, w jakiej sytuacji będzie się znajdować polska gospodarka i polski
budżet. Ale z drugiej strony - rozumiem, skoro Robertowi Kubicy idzie słabo, a w europejskich pucharach i tak nie ma naszych drużyn, czymś naród emocjonować się musi. Dlaczego nie miałby się emocjonować tempem wzrostu PKB w pierwszym kwartale 2009?