Co prawda wzrost PKB na poziomie 0,8 proc. to najgorszy wynik od siedmiu lat, ale ekonomiści i tak się cieszą. - W obecnych czasach te dane dodają otuchy. Jeszcze w tym roku mamy szanse na odbicie - mówi "Gazecie" prof. Dariusz Filar, członek Rady Polityki Pieniężnej.
Rzeczywiście, według Eurostatu w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2009 r. gospodarka całej Unii skurczyła się o 4,4 proc., a naszego największego partnera handlowego - Niemiec - aż o 6,9 proc.! To mocno podkopało fundamenty gospodarcze w całym naszym regionie, którego
eksport w dużej mierze trafia na Zachód. Czeski PKB skurczył się o 3,4 proc., a słowacki aż o 5,4 proc.
-
Polska jest na podium, wśród medalistów - mówił wczoraj premier, przemawiając w budynku giełdy na tle mapki z prawie całą Europą na czerwono (spadki). "Zielone" po pierwszym kwartale były tylko:
Cypr (1,6 proc. wzrostu), Polska (0,8 proc.) i
Grecja (0,3 proc.). To dane pokazujące zmianę PKB rok do roku. Jeśli porównać je z poprzednim kwartałem, to nasza gospodarka urosła o 0,4 proc. - najwięcej w całej UE!
Jakim cudem polska gospodarka jest ciągle wyspą na morzu recesji? - Spowolnienie konsumpcji nie jest aż tak silne, jak można się było spodziewać. Ciągle lekko rosły inwestycje - mówi Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK. Jego zdaniem kopa polskiej gospodarce dał też eksport. Dzięki osłabieniu złotego staje się on bardziej konkurencyjny. W marcu według NBP eksport liczony w euro był niższy o ponad 16 proc. niż rok temu, ale liczony w złotych wzrósł - i to o solidne 9,4 proc.!
Po danych GUS rząd odetchnął z ulgą. Niezłe wiadomości idealnie trafiły w przedwyborczą kampanię do Parlamentu Europejskiego. Przez ostatnie tygodnie sprawy gospodarcze wychodziły w niej na pierwszy plan. Minister Rostowski powtarzał jak mantrę, że w pierwszym kwartale będziemy na plusie. Polemizował też z prognozami Komisji Europejskiej, która przewiduje dla nas w tym roku spadek PKB o 1,4 proc.
Rząd obiema rękami bronił się przed zakusami opozycji z PiS, by aktywniej wspierać gospodarkę, godząc się przy tym na zwiększenie deficytu budżetowego (czyli większe zadłużenie państwa).
- Nie chcieliśmy zadłużać Polaków w obawie przed katastrofą. Jesteśmy lepsi od krajów, które się zadłużyły - przypominał wczoraj minister Rostowski.
O bardziej aktywną politykę rządu w walce z kryzysem apelował w swoim zeszłotygodniowym orędziu w Sejmie prezydent Lech Kaczyński. Proponował m.in. obniżenie podatku VAT z 22 proc. do 18-19 proc.
Wczoraj polemizował z tym premier. - Przyjęliśmy założenie, by nie robić błędów, nie ulegać podszeptom, zachować mocne nerwy. Dodał, że obniżenie VAT oznaczałoby wzrost deficytu o 19 mld zł. - To byłaby katastrofa dla Polski - powiedział Tusk.
- Nie ścigajmy się z innymi krajami na liczone w miliardach pakiety stymulujące gospodarki - zgadza się z nim Jarosław Bauc, były minister finansów, obecnie prezes Polkomtela, który sam musiał się zmagać w 2001 r. z gigantycznym deficytem, nazwanym później "dziurą Bauca" (gdyby nic nie zrobiono, deficyt mógłby wtedy sięgnąć nawet 90 mld zł). - Mam nadzieję, że zapowiadana nowelizacja budżetu da możliwość dodatkowych oszczędności, a nie wydatków. Większe wydatki bowiem oznaczają większy
deficyt budżetowy. A to mogłoby zniechęcić do inwestowania w Polsce - dodaje Bauc.