Leszek Baj: W Polsce w zeszłym tygodniu wszyscy żyli danymi GUS. W I kw. PKB wzrósł o 0,8 proc. Premier Donald Tusk i minister finansów Jacek Rostowski zrobili nawet specjalną konferencję prasową. Ale pan w najnowszym raporcie Bank of America/Merrill Lynch ma zastrzeżenia do tych danych. Radosław Bodys*: Raport o PKB za I kw. jest zastanawiający zarówno pod względem spójności statystycznej, jak i ekonomicznej. Zacznijmy od tego, że GUS pomylił się początkowo i pokazał nieprawidłowy wpływ poszczególnych elementów wzrostu, m.in. inwestycji, konsumpcji czy eksportu, na zmianę PKB. Po kilku godzinach poprawił się, ale widać, że warsztat GUS-owski odbiega jakością od innych urzędów statystycznych krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej.
Co konkretnie jest nie tak w raporcie GUS? - Weźmy chociażby kwestię wyrównania sezonowego w danych dotyczących wzrostu PKB w stosunku do IV kw. 2008 r. Dane wyrównuje się, by można je było ze sobą porównywać. Ale są różne metody "wygładzania" surowych danych. Różnią się one pod względem doboru parametrów, inaczej patrzą na kwestie efektów kalendarzowych, np. takich jak tegoroczne przesunięcie świąt wielkanocnych. Jedne metody uwzględniają tylko dni robocze, inne także weekendy. Już na tej podstawie dane mogą się różnić, bo przecież w weekendy cały czas się produkuje np. energię.
GUS podał, że wzrost w I kw. w stosunku do IV kw. osiągnął 0,4 proc., najwięcej w całej UE. Ale w zależności od wybranej metody, którą eliminuje się czynniki o charakterze sezonowym, można osiągnąć różne wyniki - spektrum zmiany PKB w I kw. w stosunku do IV kw. waha się od spadku o 0,7 proc. do wzrostu o 0,4 proc. Specyfikacja parametrów wyrównania sezonowego zastosowana przez GUS dała najwyższą możliwą wartość. A przykładowo gdyby dane wyrównać według metody stosowanej w
USA, dałoby to spadek PKB w I kw. 2009 r. o 0,5 proc. w stosunku do IV kw. 2008.
A wątpliwości natury ekonomicznej? - Dla mnie zastanawiające jest, jak to możliwe, że u wszystkich naszych sąsiadów PKB leci na łeb na szyję - w Rosji o blisko 10 proc., na Ukrainie o 20 proc., w Niemczech o niemal 7 proc., w Czechach o ponad 3 proc. - a w Polsce rośnie? Eksport u nas spada o niemal 15 proc., w pierwszych trzech miesiącach mamy średnio 10-proc. spadek produkcji przemysłowej. A dane w rachunku kwartalnym dają niecały 6-proc. spadek wartości dodanej w przemyśle. To są zbliżone wielkości, tak duże różnice nie powinny moim zdaniem mieć miejsca.
Kolejną sprawą są inwestycje, które według GUS w I kw. wzrosły. Nie bardzo współgra to z informacjami od przedsiębiorstw, które już od IV kw. 2008 r. sygnalizują ograniczenie nakładów inwestycyjnych. Może to sugerować, że grono firm, które wpadają do GUS-owskiego koszyka, nie jest do końca reprezentatywne dla całości gospodarki.
W kontekście spadku realnego dochodu oraz ograniczenia akcji kredytowej zastanawia mnie również silna dynamika "finalnego popytu krajowego" (skorygowanego o zmianę zapasów), który według moich obliczeń wzrósł w I kw. o blisko 4 proc. Wiadomo, że mierzenie PKB zawsze jest obarczone dużą niepewnością, ale w Polsce może nawet nieco większą niż w innych krajach.
Czy spodziewa się pan korekty danych o PKB? - Jeśli chodzi o komponenty wzrostu PKB, to moim zdaniem znacząca rewizja jest pewna. Pytanie, czy w jej efekcie zmieni się też wyliczenie wzrostu PKB. Moim zdaniem ryzyko takiej korekty jest, i to raczej w dół. Popatrzmy na gospodarki naszych sąsiadów.
Mimo to w swoich najnowszych szacunkach zmienił pan prognozę PKB dla Polski na 2009 r. z -1 proc. do 0,2 proc. - Wcześniej spodziewałem się spadku PKB w I kw. o 0,5 proc., a według danych GUS wzrósł o 0,8 proc. To oficjalne dane i ja nie mogę zakładać, że był minus, skoro GUS mówi, że był plus, nawet jeśli mam różnego rodzaju wątpliwości. Ale ciągle oczekuję, że w II i III kw. PKB w Polsce będzie spadać. W dół będzie nas ciągnąć popyt krajowy, na naszą korzyść będzie działać eksport netto, bo eksport będzie spadał wolniej niż import. Moim zdaniem w IV kw. polska gospodarka znowu wyjdzie na plus, a w 2010 r. zanotuje 2-proc. wzrost PKB.
Ale to nie oznacza, że poprawi się sytuacja na rynku pracy. Bezrobocie będzie rosło, dopóki wzrost gospodarczy pozostanie poniżej potencjału, czyli 4-5 proc. Obecny trend sugeruje przyrost bezrobocia w ciągu najbliższego roku o 2-2,5 pkt proc., a to oznacza około 500 tys. nowych bezrobotnych.
W Polsce trwają dyskusje, jak rząd powinien reagować na kryzys: pompować w gospodarkę dodatkowe miliardy czy utrzymywać finanse publiczne w ryzach. - To nie jest prosta sprawa, ale ja chybabym się opowiadał za tym pierwszym rozwiązaniem, czyli pójściem drogą zachodnią i wzrostem wydatków. Ale chodzi mi tu o wydatki związane ze współfinansowaniem projektów unijnych, m.in. w rozwój infrastruktury i modernizacji gospodarki, np.
Polska ma najgorszą infrastrukturę drogową, najmniejsze wydatki na badania oraz rozwój i jest jedną z najbardziej energochłonnych gospodarek UE. Tutaj każdy
złoty wydany przez rząd generuje dodatkowe wydatki z funduszy unijnych. To taki dopalacz, który dodatkowe np. 2 proc. PKB przeznaczone na rozwój infrastruktury rozmnożyłby do 5-8 proc. PKB, co byłoby silnym impulsem dla wzrostu gospodarczego.
Skutkiem byłby pewnie wzrost rentowności obligacji (kosztów obsługi długu), ale byłby to moim zdaniem efekt krótkotrwały, bo dość szybko mielibyśmy szansę na większe odbicie gospodarcze i 5-proc. wzrost PKB moglibyśmy już osiągnąć pod koniec 2010 r. A to przyczyniłoby się do automatycznego spadku deficytu budżetowego.
Pamiętajmy, że tak duże fundusze z UE mamy pierwszy i ostatni raz. Możemy zapomnieć, że kolejny unijny budżet UE (na lata 2014-20) będzie choćby porównywalny w swojej hojności z obecnym.
Niemcy, największy płatnik netto do budżetu UE, po obecnym kryzysie będą skupieni na tym, jak pomóc swoim bezrobotnym, a nie na tym, jak pomóc finansować budowę naszych autostrad.
*Radosław Bodys - ekonomista ds. Europy Środkowo-Wschodniej w Bank of America/Merrill Lynch w Londynie