Według amerykańskiej prasy wstępne postępowanie dotyczy całej śmietanki z czołówki branży informatycznej - na celowniku znajduje się zarówno Google, Yahoo, Apple, Microsoft, Intel, jak i biotechnologiczna firma Genentech.
A urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości szukają dowodów na to, czy spółki dogadywały się między sobą w sprawie rekrutacji i zatrudniania pracowników.
Pierwszy o sprawie napisał
dziennik "The Washington Post". - To może być ukartowane działanie mające duży i negatywny wpływ na konkurencyjność - uważa cytowany przez gazetę Albert Foer, szef American Antitrust Institute.
Dlaczego? Zdaniem ekspertów umowy: "Ja nie podkradam pracowników tobie, a ty mnie", nie są grą fair. To nieuczciwy sposób na zachowanie swojej rynkowej pozycji i ograniczenie konkurencji między firmami - konkludują eksperci. Takie umowy mogą też ograniczać ruch na rynku pracy i powstrzymywać podwyżki płac.
- W całej Dolinie Krzemowej jest niepisana, dżentelmeńska umowa o zatrudnianiu pracowników innych spółek. Ale nie chodzi w niej o to, że nie możesz zatrudniać, ale bardziej o to, jakimi metodami rekrutujesz pracowników - mówi Randy Komisar z funduszu inwestycyjnego Kleiner Perkins Caufield & Byers.
Niektórzy jednak potwierdzają, że w spółkach krążą instrukcje, kogo i jak można podkupywać. Cytowana przez dziennik "The New York Times" Deborah Rousseau, która do 2006 r. pracowała dla Google jako headhunter, twierdzi, że koncern dawał im listę firm, z których nie mogą łowić kandydatów. - Nie zawsze znaliśmy powód umieszczenia danej spółki na liście, ale zawsze było jasne, kogo nie mamy tykać - mówi Rousseau, która dziś pracuje dla Plantronics.
Dziennik już wcześniej publikował e-mail, z którego mogło wynikać, że Google taką umowę ma z Apple.
Google, Genentech oraz Yahoo! potwierdziły, że w sprawie śledztwa kontaktował się z nimi Departament Sprawiedliwości, ale nie skomentowały nic ponadto. Apple, Microsoft oraz Intel odmówiły komentarza.
Dla obserwatorów personalnych roszad w Krzemowej Dolinie informacja o ewentualnym porozumieniu może być zaskakująca. Nieraz koncerny udowodniły, że w walce o pracowników idą na noże - np. w 2005 r. dwie ze spółek wspomnianych w postępowaniu - Microsoft i Google - rozpętały między sobą wojnę sądową. Koncern z Redmond oskarżył Google o podkupienie Kai-Fu Lee, jednego z wiceprezesów Microsoftu, który miał pokierować działalnością internetowego giganta w Chinach. Ostatecznie koncerny zawarły pozasądową ugodę. Podobnie skończyła się sprawa Marka Papermastera, którego IBM chciał sądownie powstrzymać od przejścia do Apple. IBM także w zeszłym miesiącu złożył pozew, by zapobiec przejściu swojego byłego szefa od fuzji Davida Johnsona do Della.
Sam Departament Sprawiedliwości nie komentuje doniesień medialnych. Ale nie jest to pierwszy przypadek, w którym amerykańska administracja zaczyna się przypatrywać różnym porozumieniom w branży high-tech, obawiając się, że niektóre formalne i mniej formalne związki mogą naruszać zasady wolnego rynku. Jak już pisaliśmy, Departament Sprawiedliwości analizuje ugodę sądową giganta z wydawcami książek, bo chce ustalić, czy jest ona zgodna z prawem antymonopolowym. Z kolei Federalna Komisja Handlu sprawdza, czy zasiadanie dwóch tych samych członków w radach nadzorczych Google i Apple nie ogranicza konkurencji.