Aleksandra z Warszawy, podobnie jak jej mąż i
rodzice, od lat leczy się tylko prywatnie. Ma wykupiony abonament medyczny w jednej z firm medycznych. - To zaczyna przypominać państwową służbę zdrowia - denerwuje się. Dawniej na wizytę u internisty czekała góra godzinę-dwie. Rzadko wyznaczano termin następnego dnia.
Miesiąc temu chciała zapisać mamę do internisty, bo miała silne bóle głowy, z trudem oddychała. - Usłyszałam, że pierwszy wolny termin jest za tydzień. Nie wyobrażam sobie, żeby mama w takim stanie miała tyle czekać - dodaje Aleksandra. Zadzwoniła na infolinię jak zwykły klient, który nie ma wykupionego tam abonamentu. Miejsce od razu się znalazło.
- Tym sposobem firma dodatkowo na mnie zarobiła - mówi pani Aleksandra.
Takie sytuacje zdarzają się coraz częściej, bo coraz więcej Polaków decyduje się płacić za leczenie z własnej kieszeni. Abonamenty medyczne i ubezpieczenia zdrowotne ma już ponad 2 mln osób. W ubiegłym roku wydali na nie ok. 2 mld zł.
A to tylko wierzchołek z góry pieniędzy, które płacimy na leczenie. Jak podaje
Polska Izba Ubezpieczeń, Narodowy Fundusz Zdrowia z naszych składek zdrowotnych wydał 46 mld zł. Dodatkowo 5 mld zł zostawiliśmy u dentystów, 6 mld zł poszło na prywatne porady i badania specjalistyczne, a 16 mld zł na leki.
- I z każdym rokiem te wydatki będą rosły - mówi Paweł Kalbarczyk, odpowiedzialny za ubezpieczenia zdrowotne w PZU Życie. Według prognozy Polskiej Izby Ubezpieczeń w tym roku Polacy wydadzą dodatkowo na leczenie 30 mld zł, a w 2012 r. - aż 40 mld zł!
Większa liczba chętnych do korzystania z prywatnej służby zdrowia oznacza dłuższe kolejki. Ginekolog w
Warszawie - miesiąc czekania, dentysta - kilka tygodni. Do endokrynologa nawet pół roku. Żeby zrobić w stolicy USG, trzeba się zapisać nawet dwa miesiące wcześniej. A w wakacje nawet dłużej. W przychodniach abonamentowych w weekend w kolejce do lekarza dyżurnego można spędzić kilka godzin.
Małgosia z Warszawy, trzeci miesiąc ciąży: - U mojego ginekologa można było zapisywać się na wizytę tylko pierwszego dnia miesiąca. Wyglądało to tak: gdy dzwoniłam o godzinie 8 rano jeszcze nie było grafiku wizyt, a dziesięć minut później nie było już w nim wolnych miejsc. Na cały miesiąc!
Gdy w końcu udało jej się zapisać do lekarza, to na dwa dni przed wizytą dostała telefon z Lux Medu, że, niestety, ginekologa nie będzie i może przyjść najwcześniej za dwa tygodnie. Zrezygnowała. Teraz leczy się w malutkiej, prywatnej przychodni. - Jest miło, kameralnie i wreszcie mam poczucie, że nie jestem jedną z tysięcy pacjentek - mówi Małgosia.
Lux Med nie zgadza się z twierdzeniami klientki. Zapewnia, że na wizytę u internisty można umówić się tego samego dnia. A kolejki do specjalistów też nie są długie: jak twierdzi firma, do ginekologa trzeba czekać średnio 2 dni, do laryngologa - 2-3 dni, a do gastrologa - 5 dni. Piotr Błaszczyński, członek zarządu ds. operacyjnych Lux Medu, zapewnia, że dostęp do poszczególnych specjalistów jest określony w umowach i firma tych terminów przestrzega. - Zatrudniamy renomowanych specjalistów. Może się zdarzyć, że do wybranego, konkretnego lekarza termin oczekiwania może być dłuższy niż do innego specjalisty z danej dziedziny. Ale pacjent ma zawsze możliwość skonsultowania się z innym lekarzem danej specjalności - zapewnia Błaszczyński.
Prywatne przychodnie już przygotowują się na spodziewany wzrost liczby pacjentów. Zatrudniają nowych lekarzy, personel medyczny i otwierają nowe placówki. Sam tylko Lux Med w 2008 roku otworzył cztery centra medyczne. W tym roku uruchomił jedną poradnię, a w najbliższych miesiącach uruchomi kolejne cztery placówki.