Ekonomiści są zgodni: w
budżecie zabraknie nam 30-40 mld zł z powodu spowolnienia gospodarczego. Najprostszym ruchem rządu mogłoby być w takiej sytuacji dodatkowe zadłużenie Polski. Nie bylibyśmy sami, inne kraje robią to na potęgę, by stymulować gospodarkę. Wyborcy na pewno lepiej znieśliby zaciąganie długu przez państwo niż podnoszenie podatków czy cięcie wydatków. Od dawna namawia do tego opozycyjne PiS, SLD i prezydent Lech Kaczyński.
Minister finansów Jacek Rostowski, a za nim premier Tusk są na te nawoływania głusi. Nie wykluczają zapewne niewielkiego zwiększenia deficytu budżetowego ponad planowane na ten rok 18,2 mld zł - nikt tego publicznie nie ogłosił, ale można to wywnioskować z wypowiedzi ministra i premiera, jednak bez szaleństw.
Argument jest jeden, za to mocny:
Polska mogłaby wpaść w pułapkę zadłużenia, zaciągać nowe długi tylko po to, by spłacić stare. Wyższy dług podroży nam koszty jego obsługi, będziemy musieli słono płacić inwestorom, by kupili nasze papiery. No i mogłoby to położyć kres marzeniom o szybkim przyjęciu euro, do czego niezbędny jest niski deficyt całego sektora finansów publicznych (poniżej 3 proc.
PKB).
- Nie ma darmowego lunchu, zawsze są jakieś koszty, które przyjdzie później zapłacić - mówił podczas zorganizowanej przez NBP konferencji "20 lat po upadku gospodarki socjalistycznej" prezydent Czech Vaclav Klaus. - To nie kapitalizm wywołał kryzys, tylko podkopywanie kapitalizmu. To nie porażka rynku, tylko polityków.
Według Klausa w ostatniej dekadzie pojawiła się gospodarka socjalna, brak wiary w siłę rynku.
- Mamy obowiązek zwalczać nową wiarę w siłę państwa. Politycy zamiast winić siebie, zrzucają winę na rynek. To skutkuje tym, że ludzie boją się reform, pojawia się coraz więcej regulacji - mówił prezydent Klaus.
Polscy politycy w ostatnich latach bali się reform. Za rządów PiS obniżono składkę rentową oraz uchwalono ustawę zmniejszającą stawki podatkowe PIT (wprowadzono je w życie za rządów tej koalicji). Nie było to trudne: wyborcy zawsze ucieszą się z tego, że zostanie im więcej w kieszeni. Niższe podatki i składki sprzyjają też gospodarce, bo mogą przełożyć się na większą konsumpcję i wzrost inwestycji.
Zabrakło jednak rządom PiS odwagi w reformowaniu wydatków, gorzej nawet: rząd Marcinkiewicza, a potem Kaczyńskiego chętnie rozdawał pieniądze na prawo i lewo, marnotrawiąc je np. na podwójne becikowe.
Wydatki socjalne łatwo się zwiększa, trudno potem je odchudzić. Przestrogą mogą być tu dla nas
Węgry. Janos Kornai, wybitny znawca transformacji krajów postkomunistycznych, podczas konferencji NBP jasno wyłożył, dlaczego jego kraj jest dzisiaj w znacznie gorszej sytuacji niż inne byłe demoludy.
- Po 1989 r. na Węgrzech był silny opór przeciwko odstępowaniu od przywilejów, a te niekiedy były większe nawet niż w Szwecji. Przed wyborami, bez wyjątku: prawica czy lewica, prześcigano się w socjalnych obietnicach. Pierwsze rządy w obawie przed
bezrobociem dały ludziom szybkie emerytury, wysoką pensję minimalną - ludzie ją brali i dorabiali na czarno, zwolnienia podatkowe, darmowy transport dla wielu grup społecznych. Zaniechano reform - mówił Kornai.
Platforma ma na koncie jedną, bardzo trudną reformę: ograniczenie części przywilejów emerytalnych. Od lat żaden rząd nie miał odwagi tego przeprowadzić. PO nie powinna jednak spocząć na laurach.
Kryzys jest dobrym momentem na przekonanie wyborców, że dalsze zmiany są konieczne. Bo 75-80 proc. wydatków państwa jest zdeterminowane ustawami, wciąż zbyt mało pozostaje na rozwój. Gdy przychodzą czasy chude, rząd musi oszczędzać na ważnych programach, np. edukacji.
Diagnoza jest znana: wciąż pracuje zbyt mało Polaków w wieku produkcyjnym, na wczesne emerytury są np. wypychani już 35-40-letni policjanci, państwo opłaca składkę zdrowotną za wszystkich rolników, nawet tych bardzo zamożnych, którzy na dodatek nie płacą też podatku dochodowego. System KRUS wciąż jest nieszczelny, korzystają z niego "farbowani" rolnicy, ci bogaci płacą za niskie składki, dlatego państwo dokłada do KRUS co roku 15 mld zł.
Rząd Tuska ma trudną sytuację, bo na każdą reformę czyha prezydent Lech Kaczyński ze swoim wetem. Nie jest to jednak wystarczający powód, by nie próbować. Może policjanci woleliby więcej zarabiać, niż przechodzić na wczesne emerytury? Budżet może i na tym nic nie zyska, za to zyska państwo, bo doświadczeni, a wciąż młodzi policjanci zostaną w służbie.
Zmiany systemowe nie przyniosą szybkich oszczędności, te przychodzą dopiero po latach. Mimo to rząd nie powinien poprzestać na jako takim załataniu dziury budżetowej: trochę zwiększy się deficyt, trochę przytnie jeszcze wydatki, no i np. podniesie akcyzę na paliwo.
Tak można ciągnąć, tylko po co? Taka karłowata polityka nie tylko nie wzmocni nas na wypadek kolejnego kryzysu, nie da impulsu do szybszego rozwoju. Oznacza też, że nie będzie pieniędzy także na to, co rząd Tuska uznał na początku za swoje priorytety, np. edukację czy naukę.