Niewykonanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2007 r. przez parlament oznacza, że nie ma ustawowej podstawy mówiącej o tym, jak wyceniać przedwojenne obligacje. Dlatego może to teraz zrobić sąd.
- Wyliczyłem wartość roszczenia według kursu złota. Przedwojenny
złoty był wyrażony w złocie - powiedział nam Tomasz Górniak, prezes Stowarzyszenia Posiadaczy Przedwojennych Obligacji, który wygrał w środę przed Sądem Okręgowym w
Warszawie proces o odszkodowanie za obligacje. Czy grozi lawina pozwów?
Co zostało z obligacji Górniak przedstawił sądowi łącznie 59 sztuk papierów o nominale 100, 500, 1000 i 5000 zł. Była to pożyczka z 1936 r. na 3 proc. rocznie, z odsetkami płatnymi dwa razy do roku. To bardzo rzadkie papiery. W stowarzyszeniu kierowanym przez Górniaka ma je zaledwie czterech na 600 członków.
Nikt nie wie dokładnie, ile przedwojennych obligacji mają jeszcze Polacy. II Rzeczpospolita pożyczała dużo i chętnie, bowiem kraj zniszczony w czasie I wojny światowej miał ogromne potrzeby inwestycyjne. Po reformie walutowej Władysława Grabskiego w 1924 r., która wprowadziła mocnego złotego, rządowe papiery były uznawane za pewną i dochodową formę lokowania kapitału. Ale kupowano je także z pobudek czysto patriotycznych, bo finansowały modernizację przemysłu i armii. Przed 1 września 1939 r. niewykupione obligacje miały nominał ok. 2 mld ówczesnych złotych. Sejm podał, że wykonanie orzeczenia Trybunału z 2007 r. będzie powodowało ogromne skutki finansowe dla
budżetu państwa - z pisma premiera złożonego jeszcze przed rozprawą w Trybunale wynikało, że wartość obligacji wynosi aż 5 mld 318 mln zł!
Po 1945 r. nie płacono odsetek ani nie zwracano kapitału z obligacji. Władza ludowa traktowała je z taką pogardą, że wysyłano je do papierni jako makulaturę. W pierwszych latach po wojnie prowadzono rejestrację papierów wartościowych w kraju i za granicą. Ale nic z tego nie wynikło dla ich posiadaczy. W latach 70. bez rozgłosu dokonano wykupu wybranych emisji, tylko dlatego że było to warunkiem uzyskania przez Polskę pożyczek na Zachodzie. Powstało wtedy Polskie Towarzystwo Posiadaczy Obligacji lobbujące, aby
Belgia nie dała kredytów, dopóki rząd nie wykupi przedwojennych papierów. Rząd wydał na tę operację ok. 40 mln dol.
O wykupie starych obligacji zaczęło się znowu mówić na przełomie lat 80. i 90., gdy III RP przystępowała do masowej emisji obligacji dla ludności. Był to argument, że inwestycja w państwową emisję to pewna lokata. Po 1989 r. Bank Gospodarstwa Krajowego prowadził sześć lat rejestrację papierów. Też skończyło się na rejestracji.
"Zostawić to zgniłe jajo" Dotychczas resort finansów nie chciał spłacać obligacji, argumentując, że się przedawniły.
- Roszczenie majątkowe podlega dziesięcioletniemu przedawnieniu, co do zasady więc wszystkie wyemitowane przed II wojną światową przez skarb państwa papiery wartościowe uległy przedawnieniu - tłumaczyła "Gazecie" jesienią zeszłego roku rzeczniczka Ministerstwa Finansów Magdalena Kobos.
Opisywaliśmy wtedy inicjatywę senatorów PO, którzy chcieli pomóc rozwiązać sprawę obligacji. To Senat zajmuje się realizacją orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego - zgłasza odpowiednie nowelizacje ustaw.
- Podjęliśmy uchwałę i wysłaliśmy ją do premiera i ministra finansów, by ogłosili rejestrację obligacji. Dzięki temu rząd mógłby wreszcie oszacować, ile obligacji przetrwało wojnę i kolejne 60 lat. To z kolei pozwoliłoby zorientować się, ile pieniędzy trzeba by przeznaczyć na wykup tych obligacji - mówił wtedy "Gazecie" senator Krzysztof Kwiatkowski z PO, szef senackiej komisji ustawodawczej. Jak Ministerstwo Finansów zareagowało na senacką uchwałę? - Wytłumaczono nam bardzo prosto, że mamy się od tej sprawy po prostu odpiep... - mówił nam anonimowo jeden z członków komisji, również z PO. - I zostawić to zgniłe jajo.